Niedawno skończyłem oglądać pierwszy sezon "Strefy Gangsterów" ("MobLand"):
Od samego początku rozwaliła mnie rewelacyjna rola Brosnana. Klnie, jak szewc (z wyraźnym akcentem), gimnastykuje całą twarz non-stop, wymachuje rękami, robi burzę w szklance wody i w ogóle nie przypomina eleganckiego Bonda i postaci z innych filmów. Ciężko było mi się do niego przyzwyczaić z początku. Uśmiałem się nie raz, zwłaszcza podczas dyskusji 1 na 1 z żoną
Tom Hardy mu wtóruje, ale w drugą stronę: powściągliwy, mrukliwy i cichy, ale piekielnie skuteczny w budowaniu postaci. Może wydawać się cały czas nudny, ale taki chyba ma być z założenia. Helen Mirren od razu skojarzyła mi się z Gemmą Teller z "Synów Anarchii" i tak też na jej rolę patrzyłem. Menda na potęgę No i Geoff Bell, którego pamiętałem m. in. z filmu "Green Street Hooligans" - też świetnie wypadł.
Reszta to "średnia krajowa", ale wzajemnie wszyscy się dopełniają i wywiązują ze swoich zadań aktorskich.
Sam serial bardzo brutalny, często chaotyczny i gdy widzowi wydaje się, że coś wie, to zaraz następuje zwrot i tak co chwila. Przez pierwsze parę odcinków może się to podobać i trzymać w niepewności, ale potem schematyczne to wszystko się robi; mnie to nudziło już i zwyczajnie wszystkich traktowałem jednakowo, spodziewając się czegokolwiek, jakkolwiek i kiedykolwiek. Tak też zresztą było... Oglądałem, żeby dokończyć całość. Guy Ritchie wyrobił się tutaj w mojej ocenie na 60-70%. Na pewno role głównych bohaterów trzymają całe widowisko. Mnóstwo przemocy, czasami bezsensownej, ale biorąc pod uwagę historie życiowe pokrzywionych psychicznie bohaterów (które z odcinka na odcinek twórcy filmu odkrywali coraz bardziej) - było to dla mnie zrozumiałe.
Teksty i żarty sytuacyjne potrafią rozbawić człowieka, muzyka nieźle dobrana (np. Prodigy, Johnny Cash, The Rolling Stones).
Na drugi sezon raczej nie czekam z utęsknieniem, ale obejrzę pewnie dla zasady.