Obejrzałem tę "Jedną bitwę po drugiej".
No i co by tu...
Nie wiem nawet, jak się zabrać za opis tego filmu.
Pierwsza godzina prawie mnie położyła do łóżka ze znudzenia, ale powiedziałem sobie, że wytrzymam; potem się trochę rozkręciło. Wyglądało to momentami, jak pomieszanie Rodrigueza z Tarantino, ale marne to były próby - o ile takowymi miały być. Fabuła to zlepek przenikających się wątków, jako tako poskładanych w całość, ale z początku to wszystko rozlazłe i rozstrzelane na wszystkie strony. Dialogi bardzo słabe, w większości prymitywne i prostackie wręcz, jakby robione pod typową amerykańską publiczność, która się będzie śmiać z wulgarnych odzywek i zachowań na poziomie pornografii czasami. A można przecież i mięchem rzucać tak, że człowiek się będzie śmiał nawet po latach - vide "Pulp Fiction". Tutaj nie wypaliło.
Polityka i bunt na ulicach, rewolucje, to chyba nawiązanie do różnych sytuacji i problemów typowych tylko dla USA i rozwiązywania ich w typowy przez USA sposób. Nawet parę razy wydawało mi się, że polują na Che Guevarę w tym filmie, taki klimat tam panował. Do tego wplecione wątki ideologiczne, imigracji, mniejszości narodowych, równości, a także wojenek damsko-męskich, problemów w związkach i całego tego pustego gadania w stylu wszelkiej maści ekspertów i samozwańczych analityków rzeczywistości, które można znaleźć w Internecie, a od którego młodym ludziom się zwyczajnie miesza w głowach, bo często nie sięgają po inne źródła wiedzy. Ukazane zostały nawet osoby "niebinarne", wszelkie "ona/jego", chyba po to, by nadążać za prawdziwym światem. Nawet jeśli twórca filmu chciał je jakoś tam wcisnąć i widzom coś uświadomić - to zrobił to po łebkach i w dość płytki sposób. Ani to wartościowe, ani przesłania ze sobą nie niosło. Woda na młyn dla wszelkiego "lewactwa", "prawaków", "libków" i innych w Internecie - mogą się przy okazji kolejnego filmu tłuc w komentarzach.
Ale momentami się uśmiechnąłem, a nawet zaśmiałem.
DiCaprio nawet w takim miałkim filmie pokazał warsztat, tym razem komediowy momentami, bo dramatycznych bohaterów odgrywać umie. Na początku dojrzały już aktor nie pasował mi do buntownika biegającego z bombą w plecaku, choć starał się jak mógł. Na szczęście to tylko początek filmu. Potem pokazał, co potrafił. Zagubiony i często nieporadny ojciec, który chce jak najlepiej wywiązać się ze swojej roli i zadbać o swoje i córki bezpieczeństwo. No i bez ego, bez pozy, za to przez większość czasu w szlafroku i z fryzurą jak u Jacka Nicholsona. Jego twarz gra sama, a jak dołoży do tego całą swoją osobę i dialogi - no mistrz. Do tego Benicio del Toro mistrzowski, przy nim uśmiałem się naprawdę nieźle, a zwłaszcza w duecie z Leonardo. Gdy się przy filmie śmiałem, to dlatego, że kojarzył mi się montażem i niektórymi gagami typowymi dla Tarantino, a gdy było dramatycznie i bardziej melancholijnie - to DiCaprio królował. No i na podium oczywiście Sean Penn, chory z ambicji aż do przesady i z poważnymi zaburzeniami osobowości zdesperowany dowódca pragnący uznania i najwyższych zaszczytów; wiecznie niespełniony. Typowy trep/policjant, taki skrzywiony na amen. No zagrał świetnie, momentami przypominał mi Gary'ego Oldmana z "Leona zawodowca", który ciągle był na prochach i nie panował nad odruchami. Z kobiecych ról - córka Willa, Chase Infiniti, ta młoda aktorka dobrze sobie poradziła z rolą przedwcześnie dojrzałego dziecka z dysfunkcyjnej rodziny, więc tutaj brawa dla niej. Perfidia - jej matka była słaba jak renta, ciężko się oglądało jej grę, nawet jeśli aktorka tak miała napisaną postać. Pewnie była indoktrynowana od małego i możliwe, że wychowana w takim rewolucyjnym duchu, jak to zresztą w filmie wspomniano. Mimo wszystko była sztuczna i egzaltowana, choć bardzo chciała wyglądać bojowo i stanowczo. No nie, ale dość szybko zniknęła z ekranu. Na szczęście.
Pozostałe postacie drugoplanowe to mieszanka wszystkiego - i tak samo szybko zapomniana, niestety. Muzyka wszechobecna i ciągle irytująca. Przy większości scen coś tam brzdękało, coś piało, coś wyło, ale ani mi to do scen nie pasowało, ani do aktorów. Wnerwiała mnie ta muzyka przez cały film. Końcówka jak gdyby przyspieszona i wszystko rozwiązało się w paru ruchach.
Pełno nagród i nominacji - także dla wyżej wymienionych, więc zostali docenieni.
Dla Penna, del Toro i DiCaprio można obejrzeć. Ale 3 godziny to jednak strata czasu.