Jump to content
Search In
  • More options...
Find results that contain...
Find results in...

jslanina

Użytkownik
  • Content Count

    1,863
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    9

jslanina last won the day on January 21 2017

jslanina had the most liked content!

Community Reputation

72 Bywa pomocny

About jslanina

  • Birthday 04/10/1981

Kontakt

  • Strona WWW
    http://jslanina.blogspot.com

Informacje o profilu

  • Płeć
    Mężczyzna
  • Lokalizacja
    Opole

Recent Profile Visitors

1,194 profile views
  1. Atlantic Worldmaster 1888 „Lusso” Unitas 52950.41.45R (data zakupu 03.2017) Panujący ostatnio w moim życiu chaos chcąc nie chcąc przekłada się również i na mojego bloga. Duże przerwy w publikowaniu recenzji oraz brak panującej chronologii nietrudno jest bowiem chyba zauważyć. Niestety, w życiu już tak czasem bywa, że jedna dziedzina zaczyna przeważać i przyćmiewać pozostałe a w moim przypadku jest nią po prostu praca. Wspomniany więc chaos to może dość niefortunnie dobrane słowo, bo narzekać nie specjalnie jest chyba na co (choć to nasza narodowa cecha), szczególnie że jej ilości sam sobie jestem winien. W konsekwencji niestety przede wszystkim ucierpiało na tym moje zegarkowe hobby a co za tym idzie również i blog. Oczywiście, nie wyobrażam sobie sytuacji, że ktoś kto raz wsiąknął w ten tykający świat jest w stanie z niego tak łatwo zrezygnować. Tak przynajmniej jest w moim przypadku i pomimo notorycznego braku czasu zawsze znajduję te kilka chwil w ciągu codziennej gonitwy aby zajrzeć na fora czy grupy z zegarkami związane czego efektem ubocznym jest ciągła niewielka rotacja w mojej skromnej kolekcji. Tym razem podczas jednej z wielu dyskusji na forum CW o planach zakupowych na rok bieżący wspomniałem o zegarku, który na mojej liście życzeń znajdował się nieprzerwanie od czasu swojej premiery, czyli aż od 2013 roku. Przez ten szmat czasu podjąłem już nawet raz próbę jego zakupu – choć wówczas jak widać nieskuteczną. Wybrana wersja kolorystyczna w zaprzyjaźnionym sklepie była już niedostępna a drastycznie niska limitacja wynosząca jedynie 188 sztuk nie ułatwiała mi tego zadania. Podobnie jednak jak to miałem miejsce w przypadku opisywanej niedawno Alpiny i tym razem pomimo czterech lat obecności tego modelu na rynku i po raz kolejny już dzięki pomocy kolegi z forum udało mi się odnaleźć sklep gdzie ów model był nadal dostępny. Tak właśnie po wymianie mailowej ze sklepem „zegarki diament” (dziękuję za miłą i sprawną obsługę) do mojej kolekcji zawitał dość rzadko spotykany na forach zegarek firmy Atlantic, a dokładnie jubileuszowy model wyprodukowany z okazji 125-lecia marki. Na początku wypada również powiedzieć kilka słów o samej marce Atlantic, która posiada dość burzliwą przeszłość i to zabarwioną mocnym polskim akcentem. Jej historia według strony producenta sięga jeszcze roku 1888, do którego to zresztą w swojej nazwie odwołuje się opisywany model z serii Worldmaster. Warto jednak zaznaczyć, że sama nazwa marki Atlantic pierwszy raz pojawiła się dopiero w roku 1932. Przez lata swojej świetlności firma miała swoje momenty chwały kiedy to jako jedna z pierwszych wprowadziła na rynek zegarki z zadeklarowaną klasą wodoodporności czy też opracowała znany nam wszystkim system szybkiej zmiany daty obsługiwany za pomocą koronki. W późniejszych latach jej głównym rynkiem zbytu stała się Europa środkowo-wschodnia gdzie nadal cieszy się sporą popularnością. Jako ciekawostkę należy przytoczyć fakt, że aktualnym właścicielem marki jest polska grupa Zibi, która to także na nowo przywraca firmie Atlantic jej dawny blask. Przejdźmy w końcu do bohatera wpisu jakim jest limitowany model z serii Worldmaster 1888 „Lusso” o symbolu 52950.41.45R i tym razem wbrew zasadom savoir vivre zacznijmy nietypowo od pieniędzy. Zegarek ten udało mi się zakupić za kwotę nieprzekraczającą pułapu trzech tysięcy złotych, więc nie specjalnie mało. Na pierwszy rzut oka nie brzmi może to zbyt atrakcyjnie, spoglądając jednak przez pryzmat konkurencji wydaje się być ona skalkulowana na dość rozsądnym poziomie. Młodsze firmy, a co za tym idzie i dużo mniej rozpoznawalne takiej choćby jak Steinhart czy Kemmner, które oferują zegarki o podobnej stylistyce również wyposażone w mechanizmy z serii Unitas życzą sobie za nie niewiele mniej. Bezpośredni konkurent jakim niewątpliwie może być model 1936 od Tissota to już wydatek przekraczający pułap trzech i pół tysiąca złotych. Po choćby tych przytoczonych na szybko przykładach doskonale widać, że marketingowcy Atlantica dobrze odrobili swoje zadanie domowe i cenę spozycjonowali odpowiednio do rynkowej konkurencji. To czego nie można odmówić producentowi to fakt, że doskonale wie on jak zadbać o prawidłową otoczkę towarzyszącą nam podczas zakupu. Wraz z zegarkiem otrzymałem niemałą wyprawkę w postaci siateczki z logiem Atlantica, katalogu z historią marki oraz przede wszystkim bardzo ładnie prezentującego się czarnego, wykończonego na wysoki połysk drewnianego pudełka. W środku oczywiście nie mogło zabraknąć emblematu informującego nas o tym, że mamy do czynienia z edycją limitowaną, międzynarodowej karty gwarancyjnej oraz nieśmiertelnej już przywieszki. Wiadomo jednak, że otoczka jest jedynie miłym dodatkiem a zegarek musi obronić się sam. Kupując coś dla siebie za ciężko zarobione pieniądze mało prawdopodobnym jest fakt aby się nam to nie podobało. Starając się jednak zachować odrobinę obiektywizmu ciężko jest mu odmówić klasycznej, ponadczasowej elegancji. Zegarki o takiej stylistyce w moim odczuciu zawsze będą modne i będą się równie dobrze prezentowały. Jednocześnie w żadnym wypadku nie jest to projekt nudny. Specyficzna kolorystyka i nietuzinkowe wstawki takie jak znajdujący się z boku koperty emblemat z numerem limitacji nadają mu wyjątkowego charakteru. Sama koperta o niemałych jak na eleganta wymiarach wynoszących odpowiednio: 44mm średnicy, 12mm wysokości oraz 51mm od ucha do ucha również sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Tych cyfr nie należy się jednak w żadnym wypadku obawiać, bo jej wykończenie na wysoki połysk oraz świetny profil dość skutecznie maskują je na ręku. Przez lekko wypukłe, szafirowe szkło, na którym znalazła się od wewnętrznej strony warstwa antyrefleksyjna podziwiać możemy tarczę modelu Lusso, a to ona tak naprawdę stanowi o sile tego projektu. Specyficzna kolorystyka szarej czy też może bardziej antracytowej centralnej części tarczy tworzy bardzo ciekawy kontrast ze srebrno białą subtarczką małej sekundy. Ten zabieg kolorystyczny został powtórzony również na wewnętrznym ringu oraz opasce ze skalą sekundową. Całość dopełniają złote akcenty w postaci nakładanych indeksów, subtelnych wskazówek, rantu małej sekundy, nadruku na wewnętrznym ringu oraz logu marki Atlantic. Połączenie tych trzech kolorów w moim odczuciu wygląda naprawdę bardzo elegancko i stylowo nadając przy tym lekkiego pazura. Wygląd tarczy zdeterminowany został przez zastosowany klasyczny już mechanizm jakim niewątpliwie jest Unitas z serii 6497. Pomimo, że producent nie pokusił się aby ozdobić go w jakikolwiek sposób, to i tak za sprawą przeszklonego dekla umożliwił nam podgląd pracy tej historycznej już konstrukcji. Moim zdaniem nie było to zbyt trafne posunięcie, bo widok zaliczyć należ raczej do tych siermiężnych. Przede wszystkim jednak to co się liczy w przypadku mechanizmu Unitasa to jego prostota a co za tym idzie, długowieczność oraz niepowtarzalny dźwięk. Oparta o 17 kamieni konstrukcja, o dość niewygórowanej częstotliwości pracy wynoszącej 19800 wahnięć na godzinę jest dla mnie kwintesencją zegarmistrzostwa. Jej codzienne nakręcanie stanowi miły rytuał, który wspomagany jest poprzez zastosowaną w tym projekcie wygodną sygnowaną koronkę, a słuchanie głośnego cykania jego pracy potrafi sprawić wiele radości. Rezerwa chodu także nie rozczarowuje i bezproblemowo zbliża się do 50 godzin pracy. Brązowy skórzany pasek z widoczną fakturą, który znalazł się w 22 milimetrowych uszach początkowo nie zyskał mojej wielkiej sympatii. Pomimo dobrego wyprofilowania, spora grubość odbiła się negatywnie na jego sztywności. Dłuższe użytkowanie niewiele niestety w tej kwestii zmieniło. Dodatkowo w odbiorze całości nie pomaga również zastosowane polerowane, sygnowane zapięcie motylkowe, które w przeciwieństwie do najczęściej spotykanego rozwiązanie opartego o przyciski działa tu na wcisk. Pomimo tych wad należy podkreślić, że zastosowany pasek pasuje do całości projektu i w najbliższym czasie w mojej kolekcji „Lusso” w tej konfiguracji pozostanie. Czas w końcu powiedzieć jak zegarek ten sprawuje się w codziennym użytkowaniu – a pomimo sporych rozmiarów należy powiedzieć, że sprawdza się znakomicie. Odpowiednie kształty jego koperty sprawiają, że bez większych problemów można go schować pod mankietem koszuli, co w przypadku mojego Steinharta Marine II nie jest już tak oczywiste. Dodatkowo, niespotykana kolorystyka nadaje mu ciekawego, półformalnego charakteru, przez co zegar prezentuje się równie dobrze w towarzystwie mankietu koszuli co i przy krótkim rękawku t-shirta. Szafirowe szkło, świetny mechanizm i niebanalna stylistyka to definitywnie mocne strony tego modelu. Wady? Oczywiście, zawsze można się czegoś doczepić, bo nigdy nie byłem specjalnym fanem zapinek motylkowych bez dedykowanych przycisków a i lekkie zdobienia na zastosowanym mechanizmie również by tu nie zaszkodziły. Czy są one istotne? Pasek i klamrę zawsze można wymienić a na mechanizm i tak zaglądamy sporadycznie co chyba całkowicie wystarczy za odpowiedź na to pytanie. Podsumowując już warto jeszcze raz podkreślić, że marka ta znana jest głównie na rynkach Europy środkowowschodniej. Na zagranicznych forach ich produkty są nieczęsto spotykane a szkoda, bo jakością w żaden sposób nie odbiegają od popularnych marek z grupy swatch takich jak Tissot czy Certina. Dodatkowo w rocznikach starszej daty, pamiętających jeszcze poprzedni ustrój polityczny (choć kto wie czy za chwilę on do nas nie powróci) marka ta odgrywa również wyjątkową rolę i nieraz budzi spory sentyment. W tamtych czasach był to jeden z nielicznych zachodnich zegarków, które można było bez problemu u nas w kraju zakupić, choć wówczas za nieporównywalnie większe pieniądze. To co osobiście na mnie robi jeszcze wrażenie, to fakt, że Atlantic ma mocno zakorzenioną własną tożsamość. W ich produktach a szczególnie właśnie w linii Worldmaster nie trudno jest bowiem doszukać się charakterystycznych dla nich motywów czy cech – a to spory plus. Czy zakup i użytkowanie „Lusso” spowodowało, że w mojej kolekcji znajdzie się jeszcze jeden zegarek z logo tej marki? To zweryfikuje czas. Choć przyznam się przed wami również, że rodzi się w mojej głowie pomysł uzupełnienia mojej skromnej kolekcji o jeszcze jeden zegarek z ręcznym naciągiem, przykładowo wyposażony w mechanizm 2804 - a tych w ofercie tej właśnie marki nie brakuje,
  2. Przepraszam, że tak późno odpowiadam. Ostatnio mało czasu mam na fora... Zdjęcia znikły z powodu zmiany polityki dropboxa... Na moim blogu są poprawne linki do innego hostingu. Dla zachęty można tego szukać tutaj: jslanina.blogspot.com
  3. Compadre 8012G (data zakupu 04.2017) Zawsze zastanawiała mnie niewyobrażalna wręcz zdolność twórców z kraju środka do tworzenia dziwnych nazw i napisów na swoich produktach. Trzeba przyznać, że mają oni do tego niezaprzeczalny talent. Przykłady ze świata zegarkowego można by oczywiście mnożyć a aby znaleźć potwierdzenie moich słów wystarczy przejrzeć produkty dostępne na zatoce czy alibabie. Czasem mam wrażenie, że do ich generowania wykorzystują oni funkcję random z tylko im znanego słownika. Nie problem jest również znaleźć zegarki, której w swojej nazwie odwołują się do roku ich powstania - przykładowo jeszcze z piętnastego wieku, z którym to kompletnie nie mają nic wspólnego. O takich kwiatkach jak opisywanie widocznego koła balansu turbilionem, nader często występującym napisie chronometr czy zapis o mechanizmie automatycznym na zegarku wyposażonym w ręczny naciąg sprężyny już nie wspomnę. Szkoda, bo nieraz kilka słów literatury na tarczy za dużo powoduje, że całkiem ciekawy projekt traci sens. Bohater dzisiejszego wpisu również zalicza się do tego niechlubnego klubu. Co więc skłoniło mnie do jego nabycia? O tym kilka zdań poniżej. Czas wiosenny, choć pogoda skutecznie próbuje temu zaprzeczyć, zachęcił mnie do przejrzenia i odświeżenia mojej letniej garderoby. Systemy rekomendowane to takie draństwo, które łączy przeglądane strony oraz artykuły i wyświetla nam reklamy spersonalizowane pod kątem naszych zainteresowań. Jak nie trudno domyśleć się, w moim przypadku są to głównie zegarki. Podczas buszowania na największych sklepach internetowych z ubraniami chcąc nie chcąc wciąż byłem atakowany reklamami zegarków, będących w ich ofercie. Stąd zostałem niemal zalany wszelkiej maści markami modowymi typu Boss, Armani, Diesel i przede wszystkim Daniel Wellington. Co ciekawe, każdy model prezentujący daną stylizacje zazwyczaj miał na ręku jeden z zegarków tych marek. I wiecie co? Czasem całkiem to fajnie wszystko razem wyglądało. Bo czy wakacyjnym zegarek to zawsze musi być diver? Oczywiście, na plażę czy basen jest to niekwestionowanie najlepszy wybór – ale na co dzień do pracy? Większość elegantów znanych marek dostępna jest głównie na skórzanych paskach, które w upalne dni nie sprawdzają się najlepiej. Także ich formalna kolorystyka nie zawsze współgra z luźniejszym, bardzie wyrazistym i kolorowym ubraniem. Taka myśl za pewne przyświecała twórcy hitu blogów modowych ostatnich lat czyli zegarkom Daniel Wellington, który to do prostego, sterylnego i eleganckiego kwarca zastosował nylonowe paski w wesołych kolorach tworząc niebanalne wakacyjne połączenie. Przyznam wam się, że ten pomysł i mi się spodobał. Gdyby nie moja słabość do zegarków mechanicznych kto wie czy nie popełniłbym grzechu i nabył taki zegarek również do swojej kolekcji? Z tego powodu zacząłem poszukiwania alternatywy dla zegarka DW z mechanicznym sercem. Kryteria były proste. Sterylna biała tarcza, pozłacana koperta i bardzo sensowne wymiary. Czy wspomniałem o cenie? Tak, to kryterium również sobie postawiłem i chciałem się zmieścić w kwocie za jaką można nabyć oryginale DW. Pierwsza myśl – zegarki japońskie – lecz niestety te zazwyczaj są wyposażone w mechanizmy automatyczne co negatywnie odbija się na wysokość zegarka. Stare rosyjskie klasyki? Za bardzo vintage. To może coś z chińczyków – no ok, ale co? I tu na scenie pojawia się marka Compadre. Oczywiście, jak to zazwyczaj bywa nie wpadłem na nią sam. Niezawodne okazało się jak zawsze forum CW, gdzie jeden z kolegów wygrzebał w czeluściach Internetu dokładnie opisywany model i jako pierwszy zaryzykował jego zakup. Kilka zdań podsumowania Piotrka było całkowicie wystarczającą rekomendacją abym i ja wzbogacił swoją kolekcję o ten dość dziwnie, z lekka meksykańsko brzmiącej nazwie zegar. Tak też przechodzimy do bohatera dzisiejszego wpisu. Po wyszukaniu odpowiedniej aukcji na zatoce i dokonaniu płatności na niebagatelną wręcz kwotę niespełna pięćdziesięciu dolarów przyszedł czas prawie dwutygodniowego oczekiwania. Po otrzymaniu awiza i dotarciu na pocztę wielkość czekającej tam przesyłki wzbudziła moje zainteresowanie. Pudło w jaki dociera do nas zegarek jest w niemałym zaskoczeniem, i to w dosłownym słowa tego znaczeniu. Kartonowa osłonka skrywa średniej jakości, spore, biało brązowe a’la skórzane sygnowane pudło. W środku znajduje się spora miękka poducha, karta gwarancyjna i przede wszystkim, zabezpieczony foliami Compadre. Wszystko to razem sprawia bardzo dobre wrażenie, zważywszy na cenę jaką przyszło mi za to zapłacić. Dotychczas inne zegarki z kraju środka zazwyczaj przychodziły po prostu owinięte folią bąbelkową bądź sporadycznie w styropianowych lub tekturowych etui. Po wyjęciu i zdjęciu foli ochronnych z mojego „Compadre” nastąpił zaskoczeń ciąg dalszych. 8012G jest wyjątkowo cienkie. Oczywiście, na rynku są dostępne typowe modele „slim line”, jednak przy grubości niespełna dziewięciu milimetrów na tle innych moich zegarków robi to spore wrażenie. Dodatkowo efekt jest potęgowany przez mocno wypukłe, mineralne szkło, które stanowi niemal połowę jego grubości. Także nie bez znaczenie jest tu zastosowana minimalna luneta, która również optycznie lekko powiększa 40mm kopertę i zarazem odchudza całą konstrukcje. Wszystko to sprawia, że w połączeniu z dobrze wyprofilowanymi uszkami zegar jest niemal przylepiony do naszej ręki. Bliższe oględziny również nie pozwoliły mi się dopatrzeć żadnych uszczerbków czy skaz na wykończonej na połysk żółto złotej powłoce. Ciekawość i pewne obawy budzi jednak jej trwałością, choć ich słuszność może zweryfikować jedynie czas. Moim zdaniem koperta to na pewno mocny punkt tego projektu. Równie pozytywne wrażenie sprawia wygodna, gwarantująca bezproblemową obsługę, niesygnowana koronka. Minimalistyczna tarcza stanowi kwintesencję prostoty i stylu Bauhaus. Tu także znalazły się słynne dyskusyjne napisy stanowiące największą bolączkę tego projektu w postaci nazwy marki, która wraz z logiem jest może jeszcze do przebolenia oraz bliżej niezrozumiała napis o treści „Personal Tailor”. Co autor miał na myśli umieszczając tu ten slogan - naprawdę nie mam zielonego pojęcia. Pomijając jednak ten aspekt tarcza jest niemal wzorem czytelności. Nadrukowana czarnymi liniami skala została wzbogacona czterema naklejanymi złotymi indeksami godzinowymi. W ich stylu zostały wykonane również proste wskazówki, które w przypadku godzinowej i minutowej dodatkowo przyozdobiono wstawkami z masy luminescencyjnej. Efekt świecenia oczywiście nie zachwyca aczkolwiek wart jest odnotowania. Największym urozmaiceniem całego projektu jest zastosowana, charakterystyczna wklęsła tarczka małej sekundy. Uprzedzając uszczypliwości wielu osób, które podważają możliwość zakupu za niespełna dwieście złotych zegarka z sensownym mechanizmem śpieszę uświadomić, że za ruch wskazówek Compadre odpowiada mechanizm ST1701 od Seagull’a. Oczywiście, cud techniki to to nie jest ale powinien on zagwarantować nam bezproblemową pracę zegarka. Ręcznie nakręcana konstrukcja bazuje jeszcze na ST16, znanym także swego czasu jako Claro 888. Została ona pozbawiona modułu automatu oraz uzupełniona o funkcję małej sekundy. Częstotliwość pracy wynosi 21600 wahnięć na godzinę i analogicznie do protoplasty nadal nie zastosowano funkcji stop sekundy. Także uroda mechanizmu jest dość dyskusyjna o czym jednak dzięki producentowi nie przyjdzie nam się przekonać. W pełnym mocowanym za pomocą śrub deklu, które w przeciwieństwie do koperty nie został już pokryty złotą powłoką, znalazło się jedynie malutkie okienko umożliwiające podgląd pracy samego koła balansu. Moim zdaniem jest to bardzo dobre posunięcie, które nie zaszkodziłby w kilku dużo droższych zegarkach z dość dyskusyjnej urody mechanizmami. Na deklu znalazła się również informacja o klasie wodoodporności wynoszącej jedynie 3 atmosfery, czyli tyle ile przystało na typowego garniturowca oraz o wykonaniu całości zegarka ze stali nierdzewnej. Czarny pasek na tle wszystkich chińczyków z którymi do tej pory miałem przyjemność obcować miło zaskakuje. 20mm, zwężana przy klamerce do 16mm konstrukcja jest miękka i przyjemna w dotyku. Faktura i kolor także dobrze pasują do pierwotnego, garniturowego przeznaczenia zegarka. Jedyny mankament stanowi klamra, która z powodu braku powłoki w żadnym wypadku nie współgra z zastosowaną kopertą. Także osoby co bardziej temperamentne mogą się mocno podirytować przy próbie wymiany paska. Przy teleskopach jest on wyjątkowo sztywny i stawia wyjątkowo zaciekły opór. Czy Compadre jest substytutem DW? Pomimo wielu wspólnych cech chyba jednak nie do końca. Lekko odmienna stylistka zbliża go stanowczo bardziej do stylistyki vintage czy też bauhas a co za tym idzie do zegarków typu orient bambino czy przede wszystkim produktów z logo Junghans. Zresztą patrząc na bliskie pokrewieństwo Compadre z chińską marką Rodina (niektóre modele mają tożsame, w tym także 8012G) tu też szukałbym głównej inspiracji. Nie zmienia to faktu, że w swojej cenie jest to zegar niemal bezkonkurencyjny. Za niespełna równowartość dwóch litrowych butelek whisky stajemy się właścicielami świetnie wykonanego eleganta. Idealne wręcz proporcje, jakość do której nawet chcąc nie można mieć specjalnych uwag, wypukłe mineralne szkło i świetny, ręcznie nakręcany mechanizm, czego można oczekiwać więcej od garniturowca? Oczywiście, jak zawsze u chińczyków nie problem doszukać się i skromnych wad. Klamerka na której zabrakło powłoki to nieporozumienie, mineralne szkło oczywiście można by zastąpić szafirem no i napis „osobisty krawiec” – to chyba nie wymaga komentarza. Z drugiej strony, stosując trik z DW, czyli zakładając parciane paski typu nato znaczenie napisu zaczyna mieć głębszy sens a zegarek dostaje nowe, nieznane dotąd drugie życie. Okazuje się, że nie tylko świat mankietów koszul jest mu pisany a rzeczywistość pozwala zestawić go zupełnie z inną garderobą. Tak proste a jednocześnie tak zaskakujące i nieoczywiste. Takim eksperymentom mówię stanowcze tak! Sam zadaje sobie pytanie jak długo w mojej kolekcji zagości Compadre. Czy podzieli on losy również i innych chińczyków, które przez lata przewinęły się przez moją kolekcję? Na ten moment ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. Mix Dw z Junghansem w chińskim wydaniu ma swój specyficzny urok – zważywszy za cenę jaką mnie to kosztowało. Na dzień dzisiejszy jedyną dla mnie alternatywą jest Maxbill Chronoscope albo - w co wątpię, mechaniczny model od DW. Osobom, które rozważają przygodę z mechanikami, bądź szukającymi ciekawego, niebanalnego garniturowca ten model szczerze polecam. Pozwala on zapoznać się z chińskim rzemiosłem zegarkowym czy też rozpocząć przygodę z zagranicznymi zakupami. Ten dreszczyk emocji związany z zakupem produktu z kraju środka, czas oczekiwania na przesyłkę ma bowiem, swój niepowtarzalny, uzależniający smak.
  4. Alpina Alpiner 4 Chronograph "Race for Water" Limited edition AL-860AD5AQ6 (data zakupu 02.2016) Każdy kto zna moje zamiłowanie do zegarków wyposażonych w funkcje stopera dobrze wie, że koło limitowanego modelu Alpiner 4 ”Race for Water” nie mogłem po prostu przejść obojętnie. Już jego pierwsze zdjęcia znalezione w sieci zaraz po prezentacji, która miała miejsce w roku 2014 na targach w Bazylei spowodowały, że długo nie mogłem oderwać od niego wzroku. Charakterystyczna koperta serii Alpiner 4 oraz układ totalizatorów zwany bi-compax na myśl od razu przywodzi mi mojego świętego Grala jaki jest Hamilton Pan Europ, a to właśnie do tego zegarka mam słabość jak do żadnego innego modelu z mojej kolekcji. Niestety, jak to zazwyczaj bywa w przypadku szwajcarskich producentów oraz edycji limitowanych sugerowana cena detaliczna przekraczająca pułap 10 000 PLN już na wstępie skutecznie odstraszyła mnie od jego ewentualnej próby zakupu. Wszystko jednak do czasu. Ponieważ podczas świątecznego szału zakupowego udało mi się już nabyć moją pierwszą Alpinę zdałem sobie sprawę, że ceny jakie zegarki tej marki osiągają na wyprzedażach mieszczą się w akceptowalnym przeze mnie poziomie. W tym miejscu warto się na chwilę zatrzymać i podywagować na temat pieniędzy jakie jesteśmy wraz z rozwojem naszej pasji na nią przeznaczyć. Do dzisiaj pamiętam swoje początki, gdzie wydatek przekraczający kwotę dwóch tysięcy złotych na zbędny przecież gadżet jakim w dzisiejszym świecie jest zegarek wydawał mi się już niemałą fanaberią. Jeżeli dodać do tego, że mógł być on jeszcze wyposażony w dużo bardziej archaiczny ręcznie nakręcany mechanizm zamiast bezobsługowej baterii moje zdziwienie sięgało Zenitu. Wraz jednak ze zgłębianiem mojej wiedzy o sztuce zegarmistrzowskiej i powolnym wsiąkaniem w ten tykający piękny świat wszelkie istniejące granice uległy naturalnemu przesunięciu i to co dla mnie jeszcze pięć lat temu było wariactwem dzisiaj stało się niemal codziennością. Prowodyrem do kolejnego zakupu paradoksalnie okazał się po raz kolejny Tissot PRS516, którego dostępność ponownie wystawiła moją cierpliwość na próbę. Brak realnego terminu dostępności wymarzonego modelu (choć potem okazało się, że czekać nań wcale nie trzeba było tak długo) połączona z głodem zakupowym oraz z wolnymi środkami przeznaczonymi na zakup Tissota zachęcił mnie do poszukania dla niego godnego zastępstwa. W ten oto sposób nieśmiało zacząłem przyglądać się konkurencji dla mojego ulubionego Hamiltona Pan Europ jakim niewątpliwe jest model „Race for Water” z serii Alpiner 4. Co ciekawe, pomimo, że limitacja tej wersji wynosi jedynie 400 sztuk, to po niemal dwóch latach od jej premiery ku mojej zaskoczeniu nie miałem większego problemu ze znalezieniem sklepów, w którym był on nadal dostępny. Zakupu zaryzykowałem ponownie za oceanem, gdzie marka ta jest dużo bardziej popularna niż u nas a i promocje cenowe niestety nadal znacząco odbiegają od tych do jakich przywykliśmy w naszym kraju. Tym razem cała pro cedura zakup odbyła się już bez najmniejszych problemów i po okresie niespełna tygodnia mogłem się już cieszyć widokiem swojej drugiej w kolekcji Alpiny. W przeciwieństwie do modelu Heritage Pilot 130th już samo pudło Alpinera zdradza nam, że tym razem mamy do czynienia z edycją limitowaną. Producent nie ograniczył się jedynie do specjalnej nazwy bo spore drewniane pudełko nie pozostawia nam najmniejszych złudzeń, że jest to specjalna wersja z tej linii produktowej. Również umieszczony w środku sporej wielkości emblemat z nazwą fundacji „Race for Water” zdradza nam skąd pochodzi dodatkowy przydomek dumnie widniejący w nazwie modelu oraz także na co przeznaczona jest część zysków uzyskana z jego sprzedaży. Takim drobnym akcentom charytatywnym zawsze należy się nasza aprobata, pomimo iż dla producenta jest to jedynie niedrogi chwyt marketingowy. Pierwsze wrażenie po wyjęciu zegarka z pudła jest bardzo pozytywne. Niestety, już na wstępie przyjemność z obcowania z limitowaną Alpiną stara się nam zepsuć 22 milimetrowy czarny pasek wykonany z naturalnej skóry krokodyla. Jego spora sztywność wynikająca poniekąd również i z jego grubości mocno utrudnia odpowiednie dopasowanie go do ręki. Dopiero po dłuższym użytkowaniu mogę stwierdzić, że pasek poddał się na tyle, że jego noszenie stało się przyjemne i komfortowe. Wiadomo jednak, że ten element jak żaden inny można zawsze łatwo wymienić i oszczędzić sobie znikomej przyjemności związanej z jego ułożeniem. Choć trzeba tu również przyznać, że komponuje się on Alpiną wyjątkowo dobrze a jego wykonanie również nie pozostawia złudzeń, że producent na nim nie oszczędzał. W przeciwieństwie do paska o kopercie należy wypowiadać się tylko w superlatywach. Porównując ją do wspomnianego już wcześniej Hamiltona, Tissota czy też posiadanego przeze mnie Maurice Lacroix mogę definitywnie stwierdzić, że to właśnie ona układa się na ręku najlepiej. Poza swoimi niemałymi wszak wymiarami wynoszącymi odpowiednio 45mm średnicy, 15mm wysokości oraz 51mm od ucha do ucha zawdzięcza to przede wszystkim zastosowanemu bardzo atrakcyjnemu obrotowemu pierścieniu. Jego niewielka wysokość w połączeniu z czarnym kolorem dość skutecznie pomniejsza tarczę i tonuje rozmiar samego zegarka. Nie bez znaczenia jest tu również zastosowane na nim wyraźne moletowanie, które poza aspektem wizualnym spełnia również funkcje praktyczną. To właśnie dzięki niemu jego praca jest przyjemna i precyzyjna i nie ma najmniejszym problemów z ustawieniem go w jednym ze 120 pozycji. To co początkowo może budzić nasze zainteresowanie to nietypowa, 360 stopniowa skala znajdująca się na aluminiowej wkładce pierścienia. Funkcjonalność tego rozwiązania jest oczywiście dość dyskusyjna ale wizualnie zgrywa się z całością projektu. Za to żadnych większych obiekcji nie powinna wzbudzać zastosowana spora sygnowana, zakręcana koronka, której praca jest równie przyjemna co wspomnianego obrotowego pierścienia. Analogicznie ma się również sprawa ze sporymi przyciskami służącymi do obsługi funkcji stopera. Pracują one z przyjemnym wyczuwalnym oporem. Projekt wielopłaszczyznowe tarczy na pewno nadąża za zastosowaną kopertą. Jej niebiesko, srebrno-biała kolorystyka w połączeniu z charakterystycznymi poziomymi totalizatorami nie może się po prostu nie podobać. Równie atrakcyjnie prezentują się polerowane nakładane indeksy godzinowye i utrzymanych w tym samym stylu wskazówki. Zarówno na nich jak i na indeksach nie mogło zabraknąć wstawek z białej masy luminescencyjnej. Pomimo, że szwajcarom daleko jeszcze do efektu świecenia znanego z japońskich zegarków to jej spora ilość gwarantuje luminescencje na przyzwoitym poziomie. Jak przystało na zegarek z alpejskim rodowodem na tarczy nie mogło zabraknąć sporej ilości napisów, których obecność jednak nie razi. Miły akcent stanowi wkomponowane logo w przeciwwagę niebieskiej wskazówki stopera. Skryty pod ładnie zdobionym Alpejskim motywem pełnym deklem mechanizm jest tożsamy z zastosowanym w drugiej Alpinie z mojej kolekcji. Konstrukcja o kodowej nazwie producenta AL-860 czyli inaczej po prostu też SW500 firmy Sellita ze zmodyfikowanym układem wskazań jest ciekawą alternatywą dla lubianej serii Valjoux od Eta. Parametry obu mechanizmów są mocno zbliżone – oba pracują z częstotliwością 28800 wahnięć na godzinę, bazowo posiadają datę oraz możliwość ręcznego dokręcania sprężyny. W przypadku opisywanego modelu naturalnie z funkcji daty nie skorzystano a różnica między konstrukcjami sprowadza się do rezerwy chodu wynoszącej w opisywanym modelu niespełna 46 godzin. Podsumowując już powoli ten wpis należy podkreślić, że limitowany model z serii Alpiner w codziennym użytkowaniu okazuje się być zegarkiem wyjątkowo uniwersalny. Świetne proporcje, ciekawa, niezobowiązująca ale zarazem i nie nudna kolorystyka tworzą z niego niemal idealnego codziennego kompana. Sprawdzi się on zarówno jako zegarek do pracy gdzie niestraszny mu mankiet koszul jak i na weekendowy wypad gdzie funkcja stopera dodaje sportowego wyglądu. Do stuprocentowego rasowego EDC brakuje mu jedynie bransolety w miejsce czarnego paska, a WR na poziomie 100 już zachęca do takiego zestawienia. Warto tu wspomnieć, że tę jako opcje producent ma w swojej ofercie. Jeżeli dodamy do tego jeszcze szafirowe szkło i ponadprzeciętną jakość wykonania połączoną z wyprzedażową ceną zza oceanu to muszę stwierdzić, że definitywnie był to jeden z moich najlepszych zakupów w ostatnim czasie! Pomimo, że firma ta jest dość młodą marką jak na szwajcarskie standardy, na pewno warto bliżej zainteresować się jej produktami.
  5. G. Gerlach Kosmonauta (data testu 02.2017) Ostatnio nie mam czasu na nic. Tym bardziej na zegarki. Mimo wszystko w ramach wytchnienia od codziennej gonitwy z przyjemnością wieczorem zaglądam na fora i grupy z nimi związane. W końcu nie tak łatwo jest zrezygnować z prawie sześcioletniej pasji z nimi związanej. Co prawda, energia z jaką rozwija się moja kolekcja a zarazem i niestety mój blog mocno przyhamowała co nie zmienia faktu, że czasem coś z wypatrzonych w sieci zdjęć nowych modeli jest w stanie mnie mocno zainspirować. Ba – nawet w tym roku udało mi się już dokonać jednego nowego zakupu i to dość niespodziewanego ale o tym mam nadzieję napisać innym razem. Ta historia po raz kolejny już dotyczy zegarka fundacji G. Gerlach, który szczęśliwie dotarł w moje ręce. Sama firma ostatnimi czasy stała się na naszym rodzimym rynku dość kontrowersyjna i jest to niestety stanowczo smutny fakt. Szczególnie, że osobiście miałem przyjemność poznać założycieli marki G. Gerlach. W Internecie jak zawsze szukając wzmianki o producencie o wiele łatwiej doszukać jest się negatywnych aniżeli pozytywnych opinii a jak przystało na Polaków wojna zwolenników i przeciwników nie ma końca. W tym miejscu przychodzi mi na myśl stand up Alberta Gizy „na dwa”, który idealnie obrazuje to co się aktualnie w naszym pięknym kraju dzieje jak i odnosi się poniekąd do naszego sportu narodowego jakim jest „hejt”. Co ciekawe, sama marka zbiera stanowczo lepsze recenzje na świecie niż u nas a jak z nią jest naprawdę, chyba każdy z nas powinien przekonać się na własnej skórze. Zważywszy, że producent ten jako jedyny póki co udostępnia swoje produkty szerszej rzeszy zainteresowanych i nie wiąże się to z żadnymi kosztami. G. Gerlach można lubić jak i nienawidzić. Prawda jak zapewne zawsze w wielu krążących o marce opiniach prawda leży gdzieś po środku. Jednego jednak nie można jej odmówić – pasji i wizji z jaką wypuszczane są nowe modele. Każdy z nich posiada ukryty głębszy sens i historię z nim związaną. Nie inaczej jest również i z kosmonautą, którego już sama nazwa wskazuje gdzie szukać genezy jego powstania. Zegarek jest swego rodzaju hołdem złożonym przez producenta dla pierwszego elektronicznego zegarka polskiej produkcji jak i zarówno dla jedynego póki co polskiego zegarka w kosmosie. Dla znawców tematu już jeden rzut oka wystarcza aby odnaleźć w nim niemałą inspirację futurystycznym jak na swoje czasy modelem Warel. Tą piękną retro historię G. Gerlach stara opowiedzieć się nam na nowo i zaserwować w świeżym opakowaniu. Choć to co kiedyś było futurystyczną wizją kojarzoną niemal gadżetem wyjętym wprost z filmu Gwiezdne Wojny w dzisiejszej rzeczywistości jest jedynie nostalgicznym wspomnieniem dawnych lat, którego to co młodsi użytkownicy mogą nie do końca zrozumieć. Czy na rynku jest miejsce na tak nietypowy twór? Tak też po raz kolejny już w moje ręce w ramach cyklicznych akcji producenta na forum czwarty wymiar trafił model G. Gerlach o nazwie własnej Kosmonauta. Sytuacja jest o tyle nietypowa, że jest to zegarek kwarcowy za którymi, o czym już stali czytelnicy mojego bloga wiedzą, specjalnie nie przepadam. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest posiadany przeze mnie w kolekcji Edox i to głównie ze względów sentymentalnych. Jak w tej dość niedogodnej sytuacji poradził sobie testowy model? Wbrew pozorom zaskakująco dobrze! Pierwsze wrażenie po rozpakowaniu zawiniątka w którym ukryty był kosmonauta nie wróżyły nic dobrego. Czarny elektronik na myśl przywodził mi zegarki mojego dzieciństwa i to raczej te, których fenomenu nigdy nie zrozumiałem. Pierwsza przymiarka niedziałającego zegarka także wywołała raczej falę uśmiechu aniżeli fascynacji. Jednak wystający lekko z koperty jedyny widoczny przycisk kusił wprost o naciśnięcie. Pstryk! I przez czerwono czarne szkło ukazała się aktualna godzina. O zgrozo – jakże pasująca do tego co wskazywały inne zegary w moim domu. Kilka sekund i diodowy obraz zanikł a moim oczom znowu ukazała się czarna martwa masa. Kolejny raz nie mogłem powstrzymać chęci od wduszenia przycisku. I znowu tarcza na chwilę ożyła po czym po kilku sekundach zamarła. Tak niepraktyczne a i tak intrygujące zarazem. W tym momencie wiedziałem już, że zapowiada się wyjątkowo nietypowy tydzień testów. Moje kolejne zaskoczenie wzbudził fakt, że ten czarny wynalazek okazał się zaskakująco wygodny. Choć jego atrybuty takie jak specyficzna, zwężana z 22 do 16 milimetrów bransoleta, niewielkie wymiary i specyficzny kształt 40 milimetrowej koperty nie nastrajał mnie do tego zbyt optymistycznie. Zastanawiałem się czy przy 18,5 cm nadgarstku nie będzie się on wyglądał na ręku zbyt groteskowo. Nic z tych rzeczy! Spójny projekt sprawia, że zegarek prezentuje się wyjątkowo interesująco. Spora za pewne zasługa w tym miejscu zastosowanej na całym zegarku czarnej powłoki PVD, która nadaję mu wyjątkowo charakteru, tworząc z niego bardziej ozdobny element garderoby niż praktyczny gadżet. Czy dostępna stalowa wersja prezentowałaby się równie atrakcyjnie ciężko mi ocenić. Jeżeli chodzi o jakość wykonania to także nie mam większy uwag. Koperta i bransoleta zostały wykonane z należytą starannością, chociaż dystans pomiędzy nimi przy pierwszym ogniwie mógłby być ciut mniejszy. Ciekawym akcentem jest dumnie wkomponowane wygrawerowane, spore logo producenta, które poza kopertą znalazło się również na zapięciu specyficznej bransolety. Szczerze, ciężko mi się do tego przyznać, ale nie spodziewałem się, że Kosmonauta aż tak przypadnie mi do gustu. Pstryk! I znowu moim oczom ukazała się przez szafirowe szkiełko w kolorze czerwonym aktualna godzina. Cyfrowe wskazanie zostało utrzymane w specyficznym retro klimacie i trzeba przyznać, że jest ono bardzo czytelne. Spoglądając jednak na wygaszone szkło połączone z czarną kopertą można spodziewać się więcej. Ten design młodsze pokolenie aż kusi do zadania pytania czy to aby nie smart watch? Jakie ma jeszcze funkcję, ile pamięci. Robi zdjęcia? Ma lasery? Może chociaż TV! Dla mnie w zegarku tym jest dokładnie to czego oczekiwałem. Godzina, data, dzień tygodnia i sekundnik a wszystko to widoczne po naciśnięciu odpowiednią ilość razy magicznego przycisku. Czego wszak chcieć więcej od designerskiej czarnej bransolety? Pstryk! Wszystkie funkcje obsługuje mechanizm o kodowej nazwie producenta LED-001GG. To on jest odpowiedzialny za ten dość nietypowy sposób wskazań oraz wyświetlane funkcje. To także i on nie powala deklarowaną przez producenta dokładnością. Wszak czy jedna minuta na miesiąc dla kwarca ma być powodem do dumy? Nie sądzę. Jako ciekawostkę należy potraktować fakt, że elektronik Gerlachów może pochwalić się wodoszczelnością na poziomie WR100. Dla mnie jest to miłym zaskoczeniem. Nic złego nie można powiedzieć również o ciekawie grawerowanym deklu. Tą sztukę chłopaki opanowali już do perfekcji. Zastanawiam się jak podsumować opłacalność zakupu Kosmonauty. Cena 1000 PLN za kwarcowy zegar mając w ofercie wiele innych ciekawych projektów wyposażonych w mechaniczne czy też automatyczne mechanizmy wydaje się spora. Z drugiej strony otrzymujemy w zamian coś całkowicie innego, coś co powoduje, że zegar ten wyjątkowo wyróżnia się z tłumu. Do tego dochodzi autorski mechanizm, sensowne parametry i szafirowe szkło. Cena więc wydaje mi się całkowicie adekwatna do tego co otrzymujemy w zamian. Zastanawiam się tylko ciągle czy na tyle aby znalazł się on i w mojej kolekcji – a to jest chyba dla niego najlepsza rekomendacja. Podsumowując już tą krótką ale jakże interesującą przygodę, kosmonauta ma wszystkie cechy zegarka, których nie lubię. Jest kwarcowy, ma dopasowaną bransoletę, którą ciężko wymienić na pasek i do tego jest w kolorze czarny za którym także ostatnio nie przepadam. Do tego zastosowany wyświetlacz jest niepraktyczny a mechanizm nie powala swoją dokładnością. Jakby tego wszystkiego było mało spasowanie bransolety i koperty w moim odczuciu także pozostawia co nieco do życzenia a powłoka PVD podczas codziennego użytkowania może się ścierać co na testowym egzemplarzu ma miejsce. Choć w tym przypadku ten uszczerbek powstał od przypadkowego uderzenia. Same minusy a jednak… Zegarek ma dla mnie to coś. To coś co spowodowało, że przez cały okres testów nosiłem go z wielką z przyjemnością. Nie wiem czy to może jego futurystyczny retro look, czy też zaskakująca wygoda. Jedno wiem na pewno. To właśnie to coś spowodowało, że wszystkie przytoczone wcześniej minusy gdzieś zniknęły jak po magicznym naciśnięciu guziczka – pstryk!
  6. W końcu bransoletę do najnowszego nabytku skróciłem
  7. Ostatnio czasu nie miałem na pisanie testów - poza tym warto powoli już pomyśleć o urlopie
  8. Deep Blue Nato Diver 300m yellow (data zakupu 08.2016) Jest ciepły niedzielny poranek, który szczęśliwe spędzam na drugim, tegorocznym urlopie. Delikatne promyki słońca dopiero przebijają się przez lekko zachmurzone niebo nad chorwacką wyspą Hvar. Aktualnie panująca aura w niczym mi jednak nie przeszkadza w utrzymaniu typowo wakacyjnego nastroju, tym bardziej spoglądając na to, co gości na moim nadgarstku. Przemilczę tu fakt stojącej obok laptopa na stoliku szklaneczki do połowy wypełnionej mieszanką tequilli oraz soku pomarańczowego, po którą pisząc te słowa także sporadycznie sięgam. Przede wszystkim jednak, to każde spojrzenie na mój nadgarstek automatycznie powoduje u mnie ten szczery, niepohamowany uśmiech, rozjaśniając co nieco panującą aurę. Bo właśnie takie odczucia powinien budzić w nas zegarek typu diver noszony w swoim naturalnym środowisku. Sprawdźmy więc, jak niedawno spontaniczne zakupiony przez mnie nowy model od amerykańskiego microbrandu deep blue, sprawdza się w swoim żywiole. Wzmianka o nowym modelu u niektórych zegarkomaniaków, spoglądając na opisywane Deep Blue 300m Nato, może wzbudzić lekkie zniesmaczenie, tym bardziej jeżeli dodatkowo będziemy mieli styczność z miłośnikami marki Seiko. Nie ma najmniejszych złudzeń jaki model od japońskiego potentata stanowił wzór dla amerykańskiej marki. Kultowy już model SKX przez lata dorobił się rzeszy fanów i do dziś dnia jest to jeden z najczęściej polecanych na całym świecie, niedrogich zegarków nurkowych. Jego ponadczasowa stylistyka jest niemal kwintesencją rasowego nurka. Niestety, dla sporej rzeszy fanów posiada on drobne wady, przez co aktualnie nie ma problemu z nabyciem do niego aftermarketowych części służących do jego modowania. Główną, wielokrotnie podczas testów wytykaną, wadą japońskiego modelu jest brak szafirowego szkła. Wiele osób odstrasza także rozmiar koperty, który to lekko odstaje od tego aktualnie faworyzowanego w zegarkowym świecie. Niedociągnięcia te wziął sobie do serca amerykański producent i w swoim modelu Deep Blue Nato Diver 300m postarał się je co nieco poprawić. Co z tego wyszło przyszło mi się przekonać na własnej skórze i to za własne dość spontanicznie wydane pieniądze. Wspominając o kwocie z jaką przyjdzie nam się rozstać chcąc stać się posiadaczem opisywanego Deep Blue, nie sposób nie wspomnieć o specjalnych promocjach, które ten amerykański producent okazjonalnie swoim przyszłym klientom potrafi zaserwować. Krótkie akcje z okazji różnej masy świąt czy wydarzeń powodują, że czasem niektóre z modeli można kupić za naprawdę bardzo sensowne kwoty, mocno odbiegające od normalnych cen detalicznych. Tak też było i w tym przypadku, gdzie promocyjny klimat udzielił się również i naszemu polskiemu dystrybutorowi marki. W ten oto sposób za opisywany model przyszło mi zapłacić przeszło o 30% mniej niż cena widniejąca na przywieszce i to z pominięciem ryzyka oraz nieprzyjemnościami związanego z samodzielnym importem zegarka z USA. Po chwili oczekiwania w moje ręce w końcu trafił bohater testu. Pudełko Deep Blue niczym specjalnie może nie imponuje, lecz na pewno nie można mu odmówić sporej praktyczności. Bez trudu można je bowiem zaadoptować jako podróżne etui służące do bezpiecznego przewozu swoich zegarków. W końcu mając ich w kolekcji kilka, żaden z szanujących się zegarkomaniaków na urlop z jednym przecież nie pojedzie. Skupmy się powoli jednak już na samym zegarku. Spora bo 44 milimetrowa koperta w przeciwieństwie do swojego pierwowzoru posiada niemały rozmiar od ucha do ucha wynoszący słuszne 51 milimetrów. O ile te dwa wymiary nie budzą jeszcze respektu to w połączeniu ich z 14 milimetrową wysokością koperty, której to nie powstydziłby się już żaden zegarek wyposażony w komplikację stopera, tworzy nam się obraz sporego kawałka metalu. Odczuciu obcowania z prawdziwym odważnikiem na pewno nie pomaga również zastosowany w zestawie pasek typu nato, którego obecność zdradza również już sama nazwa modelu amerykańskiego producenta, ale o nim kilka słów za chwilę. Samo wykonanie koperty stoi na bardzo przyzwoitym poziomie i nie wzbudza we mnie żadnych negatywnych emocji. Spore, polerowane, boczne powierzchnie bardzo ładnie współgrają ze szczotkowaną powierzchnią górnej części uszu. Jedynym elementem, który dla mnie lekko kłóci się z tym spójnym projektem jest dość mocno przerośnięta, zakręcana, masywna koronka. Nie można jej jednak odmówić praktyczności, a jej spory rozmiar, poprzez dość niestandardową jej lokalizację na godzinie czwartej, w żaden negatywny sposób nie odbija się na komforcie noszenia. W moim odczuciu jednak te dwa milimetry mniej wpłynęłyby na pewno pozytywnie na jej proporcje względem koperty. Warto również wspomnieć o fakcie zastosowania przez producenta zaworu helowego, co przy klasie wodoszczelności WR300 nie zawsze ma miejsce i jest elementem odróżniającym model nato od swojego japońskiego protoplasty. Aluminiowa wkładka czarnego, obrotowego, 120 pozycyjnego pierścienia posiada charakterystyczną dla zegarków nurkowych skalę. Mocne moletowanie zapewnia nam pewny jego chwyt i zarazem precyzyjną pracę. Nie ma tu mowy o jego przypadkowym przestawieniu, co należy zaliczyć na plus. Sam pierścień okala płaskie, szafirowe szkło, które według producenta posiada wewnętrzną warstwę antyrefleksyjną. Jej obecność, ze względu na charakterystyczną kolorystykę mojej wersji nato divera, dość ciężko jest mi jednak potwierdzić. Spory, wewnętrzny pierścień ze skalą minutową tworzy spory dystans do tarczy, która to stanowi dla mnie główny powód zakupu Deep Blue. Jej wyrazisty, niemal do bólu krzykliwy, jaskrawy żółty kolor za sprawą mocnego szlifu promienistego tworzy eksplozję barw, której to właśnie oczekujemy od wakacyjnego zegarka. Tu Deep Blue naprawdę zaszalało i w moim odczuciu żadna inna wersja kolorystyczna nie jest w tanie równać się z opisywaną „osą”. Jej dopełnienie tworzą spore, nakładane indeksy, wypełnione białą masą luminescencyjną budzącą nadzieję na niemal oślepiający efekt świecenia – niestety jednak płonną. Niebieska barwa jest dość widoczna jedynie przez chwilę po naświetleniu i dość szybko blednie. Szkoda, bo producent pierwowzoru dobrze wie jak to się robi, a od zegarka inspirowanego, który powinien poprawiać pewne braki japońskiego produktu, nie oczekujemy kroku w tył. Wskazówki świecą równie słabo, choć już do samego ich wyglądu raczej większych uwag mieć nie można. Dołączony do zestawu 22 milimetrowy parciany pasek typu nato jest niezłej jakości i został idealnie dobrany kolorystycznie. Niestety, charakterystyczną cechą tego typu pasków jest fakt, że poprzez swoją konstrukcję podnoszą one kopertę przez co optycznie ją powiększają. Spoglądając przez pryzmat rozmiaru nato diver’a nie jest to cecha specjalnie oczekiwana. Chcąc użytkować Deep Blue w tej konfiguracji należy mieć to na uwadze, bądź po prostu posiadać całkiem spory nadgarstek. Sam parciak zaś stanowi świetną alternatywę dla opcjonalnej bransolety, która, pomijając praktyczność, na pewno co nieco stonuje wakacyjny klimat nato divera. Pewną ciekawostkę stanowi serce testowanego zegarka, którego to producentem jest firma TMI wchodząca w skład grupy Seiko. Mechanizm o kodowej nazwie NH36 skryty został pod ładnym, pełnym deklem, na którym znalazł się grawer nurka. Zastosowany napęd nato divera stanowi stanowczy krok w przód w stosunku do tego, co napędza legendarnego już SKX’a. Oparta na 24 kamieniach łożyskujących konstrukcja posiada wszystkie udogodnienia jakich możemy od niej oczekiwać. Znaleźć tu możemy zarówno funkcję stop sekundy jaki i możliwość ręcznego dokręcania sprężyny. Analogicznie także do pierwowzoru mechanizm ten posiada funkcję pełnej daty, czego efektem jest jej okienko widoczne na godzinie trzeciej. Sama częstotliwość pracy balansu dla obu modeli jest tożsama i wynosi 21600 wahnięć na godzinę. Pomimo, że jest to młoda konstrukcja, mając na uwadze dziedzictwo firmy Seiko, o jej trwałość raczej możemy być spokojni. Deep Blue 300 nato diver przez swe rozmiary, wyrazistą kolorystykę i pasek typu nato jest zegarkiem niemal groteskowym. Swego rodzaju karykatura wspomnianego japońskiego protoplasty SKX nigdy pewnie nie będzie produktem równie kultowym i to nie tyle przez swoje atrybuty, co z powodu swoich korzeni. Deep Blue wszak to nie marka Seiko i pomimo czerpania z niemal idealnego wzorca modelowi nato 300 diver pozostanie się jedynie ogrzanie w blasku chwały swojego protoplasty. Nie zmienia to faktu, że opisywany zegarek jest kwintesencją prawdziwego wakacyjnego nurka. Jego przerysowane wymiary, przejaskrawiona do bólu kolorystyka w połączeniu z parcianym, równie rażącym pasiastym paskiem nato idealnie wpisują się w urlopowy, nadmorski klimat. Tego zegarka nie da się po prostu nie lubić, a jego drobne i finalnie nieistotne wady, giną w konfrontacji z funfactorem jaki daje jego codzienne użytkowanie. Po przeszło pięciu miesiącach od zakupu i to pomimo, że po urlopie pozostało już jedynie wspomnienie, Nato Diver nadal wzbudza we mnie pozytywne emocje i nadzieję na kolejny równie udany urlop. Pozostaje mi jedynie polecić go i życzyć Wam znalezienia równie wesołego, wakacyjnego zegarka, którego noszenie jeszcze przez pewien okres przywoła nam wspomnienia cieplejszych dni.
  9. Dawno mnie tu nie było. Dzisiaj będzie dzień kostek.
  10. Po urlopie na łapkę wskoczyła certinka
  11. U mnie wczoraj był dzień z chrono - z rana kura potem Tisiak Dzisiaj pewnie będzie podobnie...
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.