Cieszę się razem z Tobą. Niemniej, czas uderzyś w "smrodek dydaktyczny": na tym padole za darmo to nawet hemoroidów nie dają. Moja ex-małpożonka też znalazła sobie dużo lepiej płatną pracę - i kwiiiii. Że nie pozwalają skraplać się w pracy skoro świt o 10, koniec z wielogodzinnymi konsyliami koła pań imienia Kreuzfelda i Jakoba na temat "przypali-am woowinę" i że dziecko Fruzi sfajdało się aż mu kołnierzykiem wyszło. Telefon ma dymić, komprostytuter dzwonić a zachwycone klienty demonstrować na parterze. "d*pa kwas", jak mawiał pan K., adiunkt parowozowni. A takie intelektualne - jak na mnie - refleksje naszły mnie wskutek ostatniej roboty na zlecenie rządu. Tamtejsze "personelcie" płci obojga mogą się uważać za ostatnie osoby naprawdę szczęśliwe: żadnego kapitalichy nad głową, niewymuszony luzik, atmosfera dostojnej blagi dostojnie mieszana przez klimatyzację z wonią Świętej Kawki, dystyngowane garnitury, dziarsko przepychające powietrze wzdłuż korytarzy. Czas pracy de facto nienormowany; jak mawiał inny pan "gdybym pracował w kombinacie, za***przyłbym rurkę. Ale pracuję tu, więc kradnę czas". Ja mam normowany równoważny, cholera. Nawet nie ma jak kraść. J.