To ja Ci wytłumaczę:
To są zgony na sam COVID, czyli ci którzy dotąd byli zdrowi ale zachorowali na COVID i umarli. Takich faktycznie nie jest bardzo dużo.
Znacznie liczniejsza grupa to ci którzy nie byli zbyt zdrowi albo zbyt młodzi ale żyli sobie mniej lub bardziej sprawnie do momentu aż złapali infekcję koronawirusem i z powodu zapalenia płuc i dekompensacji innych chorób zmarli. Przykładowo, jesteś sobie grubym 40-latkiem z cukrzycą i nadciśnieniem, zachorowujesz na COVID i po tygodniu/dwóch umierasz. W statystyce nie jesteś zgonem na sam COVID ale jest oczywiste że gdyby nie to to żyłbyś jeszcze kolejne 20 czy 40 lat więc de facto zmarłeś z powodu COVIDA.
Do tego dochodzą Ci którzy faktycznie nie doczekali leczenia z innych przyczyn ale niekoniecznie dlatego że szpitale zamknięto tylko dlatego że wszystko było zajęte leczeniem dużej ilości pacjentów z COVID-19. Tego się od początku obawiano i o to chodziło w tzw "wypłaszczeniu krzywej zachorowań" - nie zmniejszyć ogólnie tylko rozciągnąć w czasie żeby nie załamać systemu ochrony zdrowia olbrzymią liczbą krytycznie chorych naraz, czyli temu co się działo we Włoszech, Hiszpanii czy Francji bo wtedy chorzy i z COVID i inni w ogóle nie mieli szans.
Jak bogaty i wydajny jest nasz system ochrony zdrowia to wiadomo, funkcjonuje tylko dzięki wyzyskowi pracownika, gdyby wszyscy lekarze, pielęgniarki i ratownicy zaczęli pracować jak biali ludzie na jednym etacie to wszystko by jebło w tydzień. Działa ciągle tylko dlatego że zamiast 160 godzin w miesiącu robi się 260 albo 300 albo i więcej, zamiast nocy, weekendów czy świąt w domu spędza się je w pracy itd.
Polskie Towarzystwo Epidemiologów i Lekarzy Zakaźnych opublikowało statystyki z których wynika że śmiertelność pacjentów z COVID-19 w szpitalu wyniosła w Polce 7,3%.
http://www.pteilchz.org.pl/wp-content/uploads/2021/01/śmiertelność-w-Polsce-26-01-2021.pdf
Ponieważ pewnie mało komu to coś mówi to dla przykładu podam że śmiertelność przy tzw by-passach których się boimy nie przekracza 4%.