Tak się przyglądam tej dyskusji już jakiś czas i w sumie miałem się nie wypowiadać, ale jednak wtrącę swoje 3 grosze... Otóż, po wojsku (połowa lat 90') pojawiła się okazja wyjazdu do USA- dali wizę, sprzedałem MZ-tkę i poleciałem. Wylądowałem na JFK itd. jak w piosence Kazika- tyrka na budowie potem rożne inne zajęcia, mieszkanie w pięciu w jednym pokoju w sumie standard. Jak się odkułem i mieszkałem w pokoju sam to mówiłem, że nie wracam... Po 2 latach coś we mnie pękło i podjąłem decyzję o powrocie. Czym to było spowodowane? Miałem dość budowania amerykańskiego snu, miałem dosyć tyrki świątek piątek po 14h i bycia obcym w kraju gdzie nikt nie jest "z tąd". Ktoś może powiedzieć, że co ja mogę wiedzieć jak Amerykę widziałem na Greenpoincie? Moim zdaniem widziałem wystarczająco dużo. Może gdybym został to mieszkałbym teraz na Florydzie i jeździł M3, kto wie... W każdym razie wróciłem i nie żałuję chociaż jeżdżę fiatem stilo, a moje dzieci jak dorosną też pewnie nie kupią sobie mustangów. Pewnie, że wiele rzeczy w Polsce mi się nie podoba i nie wszystko w Stanach jest do bani, ale tu żaden portoryk nie będzie mną pomiatał tylko dlatego, że przyjechał wcześniej i dali mu obywatelstwo, choć z drugiej strony w Stanach jedynie Polak oszukał mnie na wypłacie... To jest mój punkt widzenia i nie chcę w żaden sposób nikogo dotknąć, urazić ani nic takiego, ale z poglądem typu Polska jest bee a USA super spotkałem się tylko na tzw. dziadowach rzadko wsród emigrantów którym się powiodło... Tyle ode mnie, Pozdrawiam