Panie i Panowie,
Ponieważ mam przeczucie, że ten wątek zostanie zamknięty, paradoksalnie przez zdeklarowanych obrońców religii pokoju i szacunku choć to nie o religii temat, jako inicjator napiszę, co wyniosłem z tej dyskusji.
Nic.
Tzn. nic nowego. W zasadzie nikogo specjalnie to nie obeszło, a na pewno nie zmieniło.
Pojawiły się bardzo mocne dowody na działania/zaniechania JP II w stosunku do problemu pedofilii. I tak:
Jedna, ogromna część „kościelnie sceptyczna” forumowiczów mówi: ja wiedziałem, że tak będzie! Nic to dla mnie nie zmienia, w końcu po prostu wyszło szydło z worka.
Inna, ogromna część „prokościelna” forumowiczów mówi: ja wiedziałem, że tak będzie! Nic to dla mnie nie zmienia, w końcu zaatakowali jedną z ostatnich świętości, żeby zniszczyć kościół etc.
Pozostaje promil, w którym jestem ja i być może jeszcze jakieś pojedyncze przypadki. Czuję się ostatecznie odarty ze złudzeń. Że JP II był ponad tym. Bo filozof, bo myśliciel, bo teolog, bo ktoś na urzędzie tak wysokim, że nie miał czasu i głowy do operacyjnego zarządzania kościołem. Scedował te obowiązki i to oni, ci wyznaczeni nie reagowali, odcinali go, izolowali. Pozwalali mu tworzyć piękne encykliki, a sami babrali się w błocie i podejmowali bardzo złe, haniebne decyzje. I chociaż wszystko dookoła od dawna wskazywało, że karmię się złudzeniami, to wbrew rozsądkowi i logice, które tak cenię, odwracałam twarz w tę jaśniejszą stronę. Teraz się kręcę wokoło i wszędzie szaro-bura, smutna rzeczywistość. Przyszła noc na Wenus.