Top Gun: Maverick
Nigdy bym nie uwierzył, że jakiś sequel, w dodatku wydawałoby się zupełnie niepotrzebny, niby "odgrzewany kotlet" po 30-stu latach, może być tak udanym filmem. Pierwsze minuty, wiadomo - wkracza nuta z oryginału, pojawiają się napisy wprowadzające jak w typowych filmach z lat 80-tych - no jest jakaś taka dziwna nostalgia. Poczułem się, jakby ktoś mnie cofnął w czasie na premierę jedynki (która nota bene miała premierę rok przed moimi narodzinami ) - przy czym nie było w tym nic na siłę, nic sztucznego. Jakoś tak naturalnie mnie uderzyło...
Później kilka scen z Maverickiem. Wiadomo, wprowadzenie czym zajmuje się po latach itd. Obawiałem się, że będzie to kolejny film z cyklu - zagramy na uczuciach, na sentymencie starych fanów, a następnie zdepczemy to wszystko, z głównym bohaterem włącznie i wprowadzimy nowych - młode wilki - by nowe pokolenie mogło się z nimi utożsamiać, a Maverick niech tylko "przekaże pałeczkę". Tego typu zagrania ostatnio są dosyć częste i obawiałem się, że zrobią z Mavericka jakiegoś zrzędliwego tetryka, któremu wydaje się, że jest nadal super, ale nie, już lata nie te... w kręgosłupie strzyka, technologia go przewyższa, nowe pokolenie jest lata świetlne przed nim itd.
Tymczasem nie... miła niespodzianka. Potrafili nie tylko zrównoważyć to co stare, z tym co nowe, ale połączyć to w jakąś zrozumiałą całość i było wszystkiego po trochu. Nic tu nie wydawało się sztuczne, ani wymuszone. Maverick dalej ma to coś, ale ma też swoje problemy, są pewne zaszłości, które go dręczą. Są młode wilki i zachowują się tak jak można się po nich spodziewać, ale też człowiek nie czuje, by ktoś ich nachalnie promował, by mieli wejść na pierwszy plan i kompletnie zasłonić sobą głównego bohatera, którego gra całkiem udanie T. Cruise.
Jest to film akcji, zaznaczmy "hollywoodzki film akcji", mimo to nie ma typowego dla wojskowych widowisk amerykańskiego patosu i przesycenia patriotyzmem. CGI nie bije po oczach, większość scen nagrywanych było przy użyciu prawdziwych samolotów, prawdziwe ujęcia przeciążeń itd. (jak się poczyta przez co przeszli aktorzy, to czapki z głów za takie przygotowanie). Aż do samego końca trzymał mnie w napięciu i znów, choć rzadko się zdarza, nie wiedziałem kto, kiedy i jak zginie (ponieważ to jednak odgrzewany kotlet to nawet nie było wiadomo, czy nie uśmiercą Mavericka, właśnie "by zrobić miejsce młodym").
Główny wątek nie był przekombinowany. Akcja wartka, bez dłużyzn. Odrobina sentymentu, nostalgii... co ciekawe Top Gun 1 wcale nie jest jakimś moim ulubionym filmem, a teraz czuję, że obowiązkowo muszę go sobie odświeżyć. No niebywała sprawa.
Myślę, że wygrała prostota, autentyczność i uczciwość wobec widza. Dostajemy to, czego można by oczekiwać po takim filmie, a nawet więcej. Super miła niespodzianka i moim zdaniem, jeden z lepszych filmów "akcji" ostatnich lat. Minusy? Wątek miłosny z Jennifer Connelly trochę na zasadzie - no musimy mieć jakiś romans - całe szczęście uwielbiam panią Connelly i choćby miała się pojawić na ekranie bez powodu, nie mam nic przeciwko
Gorąco polecam nowego Top Guna - zaznaczam jednak, że wrażenia raczej najlepsze w kinie. Na ekranie telewizora podejrzewam, że trochę magii tego widowiska zniknie, chociażby ze względu na kinowe nagłośnienie.