Po latach zabawy w polowanie na wytropione, "jedyne egzemplarze w takiej cenie", kolejne Graale mam coraz częściej wrażenie, że więcej frajdy sprawia mi samo polowanie, dreszczyk niepewności, czy dojdzie z USA, Japonii albo Australii, albo jeszcze nie wiadomo skąd (niedługo import będzie z księżyca chyba...), negocjacje z różnymi dziwnymi ale zawsze ciekawymi ludźmi, potem często spotykanymi w realu, bo fajnie nam się gadało, a zegar był tylko pretekstem... Do czego zmierzam - rozumiem tych, którzy szybko sprzedają swoje skarby po to, żeby znowu zakręcić ruletką i czekać, czy w paczce będzie perła, czy cegła starannie zapakowana w gazetę przez oszusta. Może tak do tego podchodzę, bo jeszcze nigdy sam nie dostałem takiej cegły - a zdobyłem oprócz zegarków kilku bezcennych przyjaciół i rzeszę serdecznych kolegów. I to jest wartość dodana tego hobby😃 Sorry za OT, robię się na starość (za) bardzo sentymentalny...