Może przypadkowo tak wyszło, a może nie, ale skoro napisałeś swoją pierwszą uwagę ("Chyba jednak Trump ma rację wywalając cła po sufit. Ludzie sami z siebie nie obronią się przed wejściem konkurencyjnej gospodarki…") pod moim postem, to się odniosę. Zwłaszcza, że za wcześnie się obudziłem.
Cła Trumpa wobec Chin mogą się pośrednio odbić na Polsce. Pośrednio, ale całkiem konkretnie.
Polska gospodarka jest bardzo mocno wpleciona w łańcuchy dostaw Niemiec (np. właśnie komponenty/części samochodowe, maszyny, elektronika).
Jeśli Niemcy czy inne kraje UE będą mieć problemy ze sprzedażą do USA (bo droższe komponenty z Chin), spadnie też ich popyt na polskie półprodukty.
W praktyce: polski eksport do Niemiec i dalej do USA może pośrednio ucierpieć.
Chińczycy będą też jeszcze intensywniej szukać nowych rynków zbytu → będą jeszcze bardziej zalewać Europę tanimi towarami, wypychając niemieckich/polskich producentów z ich pozycji.
Jeśli Chiny zostaną odcięte od USA, kolejna, spora część ich eksportu trafi m.in. do Europy.
To oznacza większą konkurencję cenową w Polsce i UE. Polska może stracić jako producent (trudniej będzie po prostu sprzedawać własne towary).
Wojna celna USA–Chiny może ograniczyć globalny wzrost gospodarczy i osłabić handel światowy.
Polska jako gospodarka eksportowo zorientowana (ok. 55–60% PKB to eksport) odczuje to mocniej niż np. same USA.
Skutki mogą być podobne jak przy wojnie celnej 2018–2019: więcej niepewności, wstrzymywanie inwestycji, wolniejsze tempo zamówień w przemyśle.
Tego typu konflikty powodują odpływ kapitału z rynków wschodzących (w tym Polski) do „bezpiecznych przystani” (dolar, złoto, amerykańskie obligacje).
Efekt: osłabienie złotego, wyższe koszty importu surowców, presja inflacyjna. Słabszy złoty podbija ceny importu. Reasumując, wojna celna Trumpa z Chinami może oznaczać osłabienie polskiego eksportu pośredniego przez Niemcy, jeszcze większą (a nie mniejszą) konkurencję chińską w Europie, presję na złotego i koszty importu i globalne spowolnienie inwestycji i handlu. Ogólnie: raczej więcej strat niż zysków dla PL. Najbardziej stracić mogą branże, które są silnie powiązane z globalnymi łańcuchami dostaw, działają przy niskich marżach i dużej konkurencji cenowej, eksportują głównie przez Niemcy do USA (czyli uderza w nie każde spowolnienie w niemieckim przemyśle).
Polska jest jednym z największych w UE producentów komponentów motoryzacyjnych (m.in. kable, siedzenia, elektronika). Trafiają one głównie do Niemiec i dalej na rynek amerykański.
Przy ataku celnym USA na Chiny, łańcuchy dostaw się zaburzają → Niemcy ograniczają produkcję eksportową do USA → polscy poddostawcy obrywają pierwsi. Wartość eksportu sektora motoryzacyjnego z Polski to ponad 20% całego eksportu przemysłowego.
Polska jest europejskim liderem w produkcji AGD (lodówki, pralki, kuchenki). Tu problem jest podwójny, bo duża część komponentów pochodzi z Chin → podrożeją, jeśli zostaną objęte cłami.
Nadwyżki chińskiego AGD, niewpuszczone do USA, mogą trafić na rynek europejski → presja cenowa na polskich producentów. Polska to centrum transportu drogowego w UE. Wojna celna zmniejsza handel światowy → mniej kontenerów, mniej przewozów → mniej zleceń dla polskich firm transportowych. To nie jest efekt natychmiastowy, ale przy długiej eskalacji — bardzo realny.
Polska jest dużym eksporterem mebli (nr 3 na świecie). Jeśli Chiny stracą dostęp do rynku USA, mogą więcej eksportować do Europy. Polscy producenci mebli (i tekstyliów) konkurują głównie ceną → ryzyko, że zostaną wypchnięci przez tańszą chińską ofertę.
Najbardziej ryzykowny scenariusz może oznaczać, że Trump nakłada masowe cła na chińskie towary → Chiny kierują nadwyżki do UE → zalewają Europę tańszą elektroniką, AGD, stalą, meblami → polscy producenci w tych branżach cierpią najbardziej. Dodatkowo Niemcy ograniczają eksport do USA → polscy poddostawcy motoryzacyjni i maszynowi notują spadki zamówień. Innymi słowy: motoryzacja, AGD/elektronika, stal, maszyny i meble to sektory w Polsce najbardziej narażone na straty.
A dlaczego Polacy (i nie tylko) coraz częściej wybierają chińskie produkty?
Najsilniejszy czynnik: produkty z Chin są zwykle o 20–50% tańsze niż zachodnie odpowiedniki. W warunkach rosnących kosztów życia (inflacja, raty kredytów, drożejące usługi), konsumenci kierują się portfelem.
Ważna jest też widoczna poprawa jakości. Jeszcze dekadę temu „made in China” kojarzyło się z tandetą. Dziś wiele chińskich marek oferuje jakość porównywalną do średniej półki zachodniej.
Platformy sprzedażowe są ważnym elementem tej gry. Temu, Shein, AliExpress czy nawet Amazon ułatwiają dostęp do chińskich towarów. Dzięki darmowej wysyłce i bezpośredniemu importowi klient z Polski ma wrażenie, że dostaje produkt „od ręki i bez ryzyka”. Influencerzy, grupy na Facebooku, TikTok i YouTube popularyzują chińskie marki jako „cwaną alternatywę”. Np. w zegarkach San Martin czy Pagani Design są przedstawiane jako „homage” znanych marek w ułamku ceny. Auta są już dostępne w polskich salonach. Polacy widzą, że są solidnie wyposażone, z długą gwarancją i w niższej cenie niż konkurencja z Niemiec czy Japonii. Czy ja mówię, że to dobrze, iż imperium spod znaku czerwonej gwiazdy dokonuje takiej ekspansji? NIE. Ale fakty są, jakie są.
Ja, rzecz jasna, wolałbym, żebyśmy w Polsce mieli „kapitalizm społecznie odpowiedzialny” — system, w którym konkurencja rynkowa i własność prywatna są fundamentem, ale reguły gry są tak ustawione, by chronić interes zwykłego człowieka, a nie tylko wielkich korporacji czy kapitału finansowego. Byłoby, wg mnie, bardzo miło widzieć odpowiednio silne prawa pracownicze i konsumenckie → człowiek nie jest tylko „kosztem pracy”, ale pełnoprawnym uczestnikiem rynku.
Równe szanse, ale tak realnie, też byłyby sympatyczne → państwo i instytucje dbające o RÓWNY dostęp do JAKOŚCIOWEJ edukacji, opieki zdrowotnej i zabezpieczenia społecznego, żeby start w życie nie zależał wyłącznie od zamożności rodziny. Odpowiedzialny biznes też by mnie "kręcił" → zwłaszcza wielkie przedsiębiorstwa realnie zobowiązane do uwzględniania interesu pracowników, społeczności lokalnych i środowiska. Ucieszyłby mnie też system podatkowy, który nie niszczyłby przedsiębiorczości, ale łagodziłby skrajne nierówności, które podkopują stabilność społeczną. No i SUPERCACY byłoby widzieć naprawdę transparentne reguły rynku, na którym konkurencja jest realna, a nie zdominowana przez monopole czy układy polityczne.