Masz rację, przewrotność fanów to temat-rzeka — ale dla mnie kluczowe jest to, kiedy i jak zmienia się styl zespołu.
Jasne, gdyby Deicide przez 30 lat grało wyłącznie wariacje "Blaspherereion", to dziś wiele osób krzyczałoby, że są nudni i odcinają kupony. Problem w tym, że ich ewolucja z Santollą nie była naturalnym rozwinięciem własnego języka, tylko gwałtownym skrętem w stronę stylistyki, która w ogóle nie wyrastała z fundamentów zespołu. Slayer nigdy nie przestał być Slayerem — niezależnie od tego, czy grali bardziej thrashująco, czy bardziej "groove’owo", "punkowo", czy jeszcze w nieco inną stronę. U Deicide z Santollą momentami brzmiało to tak, jakby ktoś włożył solówki z zupełnie innego albumu w środek ich utworów.
I tu tkwi sedno: problem nie w samej zmianie, tylko w zmianie, która nie wynika z tożsamości zespołu.
Deicide mogłoby ewoluować, być może nawet bardziej melodyjnie — ale gdyby to wynikało z ich własnego stylu, a nie z tego, że nagle trafia do nich gitarzysta z obcą estetyką. Santolla był genialny, tylko niekompatybilny. To jak - mówiąc żartem - Maybach w Le Mans — super, ale czy na pewno ok? ;)
Więc jasne, stagnacja jest zła. Tylko że utrata tożsamości — jeszcze gorsza. A w przypadku Deicide z Santollą wyczuwalny był, IMO, tzw. lekki dysonans.
Chociaż, jak już pisałem, jest to bez wątpienia, fenomenalny gitarzysta.