- Samolot uderzył w wieżę. - usłyszałem. Było to ciepłe słoneczne popołudnie. Jechałem autobusem w stronę Warszawy, by na dworcu wileńskim przesiąść się do pociągu, minąć Mińsk Mazowiecki i wysiąść w wiosce Barcząca. Przejsć ciemnym lasem kilkaset metrów by w końcu dotrzeć do jednostki w której stacjonowałem. Już wtedy zdawałem sobie sprawę, zapewne nie tylko ja, że ten dzień przejdzie do historii. Zawsze będę pamiętał, co dokładnie tego dnia robiłem. Ale chyba nie jestem w tym osamotniony. ,,Samolot uderzył w wieżę" Widziałem przed oczami potężną wieżę kontrolną, zapewne większą od znanej mi z wojskowego lotniska na które wracałem. Na kompanię dotarłem grubo po północy. Zwykle zbieraliśmy się około 3 nad ranem do pracy przy płycie lotniska, potem zjazd na śniadanie i odpoczynek aż do popołudnia. Poprostu w ciepły słoneczny dzień prace przy usuwaniu starej masy wypełniającej szczeliny dylatacyjne były niemożliwe. Na szczęście dla mnie tym razem pobudka miała nastąpić o normalnej godzinie, to jest około szóstej rano. Nie było jednak wtedy normalnie. Pamiętam jeżdżące ciężarówki, jakieś poruszenie, podwojone warty na lotnisku i temu podobne. Atmosfera była taka, jakby za chwilę miała wybuchnąć trzecia wojna światowa. A może właśnie wtedy to się jednak stało, trwa do dziś, ale z efektem gotowanej żaby...