Historia, o której dziś się dowiedziałem, nieco już odległa.
Dawno dawno temu, kiedy jeszcze można było... zorganizowano wesele. Wszyscy się bardzo ucieszyli, bo zdążyli dosłownie na kilka dni czy godzin przed kolejnym już wprowadzeniem zakazu organizowania wesel. Już było wiadomo, że nie wolno, ale jeszcze wolno. Wesele było niewielkie, na około 100 osób. Oczywiście na weselu pojawił się niezaproszony gość, niejaki Koronawirus, jakaś dalsza rodzina państwa młodych albo inny znajomy znajomego wujka Mietka spod Garwolina, ale wkręcił się na krzywy ryj i balował jak najbliższa rodzina. Wszyscy uczestnicy świetnie się bawili, rzeczony Koronawirus również, tańczyli, pili, ściskali się, brudzio, buziaczek... jak to na weselu. Wszyscy bardzo polubili nowego członka rodziny bo towarzyskie było bydle i jak to gościnni Polacy, każdy zaprosił go do siebie. Po weselu rozjechało się towarzystwo, każdy z nowym znajomym, żeby przedstawić pozostałym domownikom. W efekcie każdy uczestnik zabawy, około 100 osób, znał już i posiadał nowego przyjaciela. A dalej to już poszło szybko. Kuzyn, babcia, wujek... szacunkowo jakieś 300 osób minimum. Oczywiście nikt nic nie powiedział, nie ujawnił nowej znajomości, bo jeszcze mu zabronią z domu wychodzić. Czy były ofiary, nie wiadomo. Wszyscy uczestnicy nabrali wody w usta. O tych co wiadomo, a to mieli jakieś przeziębienia, a to byli na urlopach, nie chodzili do pracy, ale żeby przyznać się do czegoś, to jakoś niekoniecznie, bo przecież z 500 osób trzeba by zamknąć na kwarantannie. Sam miałem kontakt z dwoma uczestnikami tej balangi, na szczęście w terenie otwartym i zupełnie nieświadomie otarłem się o nową znajomość. Nieświadomie, bo nikt nic nie powiedział.
Właśnie niedawno się dowiedziałem i ręce mi opadły. Naiwnie zapytałem, czy spróbowali chociaż dowiedzieć się czy ktoś do krainy wiecznych łowów nie powędrował w wyniku tej imprezy - nie, no weź przestań, przecież wyrzuty sumienia żyć by mi nie dały...
-kurtyna-