Lokdałnu nie ma i nie było. Moooże na początku zarządzeń Szumowskiego, jak ludzie się bali a policjantom jeszcze się chciało łazić i kontrolować... To co jest teraz nie ma nic wspólnego z żadnym lokdałnem. Tłumy ludzi w sklepach, na bazarach, dwutygodniowe maseczki pod nosem (ciekawe, czy slipy też tak długo i "połowicznie" noszą), pełne autobusy i metro, domówki na kilkanaście-kilkadziesiąt osób, można łazić gdzie się chce, jak się chce i kiedy się chce. Żadnej kontroli, jedynie bezsensowne zalecenia, groźby i prośby. To nie jest profilaktyka tylko kpina.
W tym kraju, dokąd ktoś nie weźmie za pysk tego warcholstwa, nie ma szans na wyjście z pandemii. Tu naprawdę trzeba silnej władzy, jak w Chinach, żeby za pomocą służb mundurowych zmusić ludzi do zdyscyplinowania. Zamiast kisić ogóry na komisariatach, pogonić tę resztkę policjantów do pilnowania bezmyślnego tłumu. Zagonić strażników pożal się Boże miejskich i wiejskich do karania mandatami debili covidowych, zamiast babci z pietruszką na bazarze. Tylko problem polega na tym, że tej policji jakoś nie ma. Nie wiem, zeszli do podziemia albo po lasach partyzantkę zakładają, ale na ulicach ich ani widu ani słychu. Jedynie jak trzeba obstawić siedzibę "najwyższego" to się spod ziemi znajdują, zdziwieni że słońce świeci.
Nie jestem zwolennikiem komuny, pamiętam jak było, ale jedno muszę przyznać. W tamtych czasach porządeczek by był jak w stanie wojennym. Zero zamieszek, zero demonstracji, a ludzie chodziliby jak po sznurku. Było wojsko, była milicja, była wtedy jeszcze służba zdrowia. I jak ich zagonili do roboty, to nikt nie sapał, że mu się buty zużywają i że mu się nie chce.
Szpitale tymczasowe? Wielkie mi mecyje! U mnie przed domem stoi piękny szpital tymczasowy czyli szkoła "tysiąclatka". Zaplanowana jako właśnie szpital tymczasowy na wypadek wojny. Pomieszczenia rozplanowane tak, by spełniać wymagania obiektu medycznego. Sala gimnastyczna oddzielona łącznikiem, jako izba przyjęć. Kilka dużych pomieszczeń z dostępem do wody i zapleczem czyli pracownie chemiczne, biologiczne, zpt. Sale lekcyjne jako normalne sale chorych z możliwością błyskawicznego doprowadzenia wody. Przynajmniej 4 sale zabiegowe, czyli gabinet lekarski, dentystyczny, sekretariat i gabinet dyrekcji (teraz to nawet klima jest). Kuchnia i stołówka do przygotowania "kateringu" jak to się teraz ładnie nazywa, czyli żeby pacjent ewentualnie nie zdechł z głodu. W podziemiach szatnie i pomieszczenia gospodarcze na tymczasową kostnicę czy co tam sobie stryjenka uważa. Na każdym piętrze po dwie 5 osobowe toalety z umywalkami itp. plus osobne toalety dla personelu. Spora przybudówka poza obrębem głównego budynku jako miejsce do spania dla lekarzy i pielęgniarek, którzy akurat są po dyżurze. To wszystko jest. Gotowe do zagospodarowania, bo i tak dzieci siedzą w domach i jak tak dalej pójdzie to będą siedzieć jeszcze rok czy półtora. Takich szkół jest w PL około 1500szt.
Teraz to musi być "ameryka", kraniki, dywaniki, cuda wianki. Kiedyś wstawiano łóżka polowe, butle z tlenem, szafki i był szpital. Obrona cywilna miała w Warszawie cały olbrzymi magazyn pełen sprzętu na taką ewentualność i w razie alarmu w ciągu kilku godzin obiekt był przygotowany. Wiem, bo moja mama w latach sześćdziesiątych była w swoim szpitalu odpowiedzialna właśnie za takie sytuacje, miała szkolenia, próbne alarmy, przeglądy wyposażenia itp. Sprzęt był taki, że nóż się jej w kieszeni otwierał, bo oni na sali musieli robić łatanymi po raz kolejny rękawiczkami, pordzewiałymi narzędziami, a tam leżało odłogiem całe wielkie składowisko czyściuteńkiego, nowiusieńkiego sprzętu.