Właśnie Enicar jest wyjątkowo ciekawy jeśli chodzi o tendencje cenowe. Z jednej strony naprawdę fajne modele, jak 340 można wyrwać za rozsądne pieniądze, dwa razy kupiłem sporo poniżej tysiaka, czy nawet budzik trafia się w akceptowalnych kwotach, co można było niedawno zaobserwować. Z drugiej strony, sporo modeli osiąga poziom absurdu, jak chociażby poszukiwana przeze mnie 350-tka. Mam wrażenie, że wynika to z niszowego charakteru marki. Są entuzjaści, kolekcjonerzy którzy gotowi są sporo zapłacić za rzadkość, a cała reszta nawet nie wie, co to jest. Na szczęście kolekcjonerów jest mało. Większość zbieraczy celuje w znane i rozreklamowane marki, Omega już za samą nazwę zyskuje tysiaka, a potem płaci się za stan i ładne zdjęcia wielokrotność tej sumy. W wypadku Enicara mniej znaczy moda, jest mniej popularny i dopiero wysokie modele, atrakcyjne dla znawców, są drogie. Inna sprawa, że Enicara trzeba zobaczyć na żywo. To zegarki robione na wystawy sklepowe, a nie na reklamy internetowe. Na zdjęciach nudny lub wręcz brzydki zegarek, na żywo robi piorunujące wrażenie. Opalizujące tarcze, szlifowane szkiełka, kontrastujące logo Saturna... tego nie da się pokazać na zwykłym zdjęciu na aukcji internetowej. To trzeba zobaczyć na żywo. Niestety, sporą wadą Enicarów jest też trudność serwisowania. Brak części, powtarzające się usterki, skomplikowane mechanizmy w wielu modelach, odstręczają kupujących, bo serwis jest drogi lub niemożliwy. Trzeba szukać dawców, czekać miesiącami lub latami na zamienniki, mało też majstrów chce i umie robić te zegarki. Byle partacz więcej zrobi złego niż dobrego i taka sztuka może już nie nadawać się do naprawy. O otwieraniu dekla już nie wspomnę... masakra.