Lubię temat Longinesa nie tylko ze względu na fakt, że lubię Longinesa. Tu dyskusja jest nie tylko merytoryczna, ale i z humorem.
Żona dyplomatycznie stwierdziła, że w kwestii wydawania ponad 10k na Longinesy woli się nie wypowiadać, bo żadnych oporów w tym względzie nie ma ;).
Ja zaś nie mam oporów, aby się wypowiedzieć. Tak serio, serio pisząc, to to hobby to kosztowne jest. Jeśli rozpatrywać je pod kątem zmniejszenia strat przy odsprzedaży (co jest dość rozsądne przy częstych rotacjach) to używki zyskują zdecydowanie na opłacalności. Jeśli rozpatrywać kwestię wydania ponad 10k na Longinesa, to jest to równie mało racjonalne, jak wydawanie ich na Sinna, Balla, Fryderyka, czy Orisa. I tak dalej. Longines chociaż daje 5 lat gwarancji...
Tylko wiecie, pieniądz nam się troszkę zdeprecjonował. Jak Flagship Heritage był za 5k, to Skoda Octavia była tanim kompaktem, metr mieszkania w Warszawie nie kosztował od kilkunastu tysięcy wzwyż, a kWh była za tyle, że nawet ubogi mógł korzystać z luksusu elektryczności... Wszytko (po stronie kosztów) poszło w górę, zegarki też. Mimo to je kupujemy. Nawet Dominik psiocząc na marki głównego nurtu myśli o kolejnym zakupie, tyle, że od mniejszych... Choć Sinn, czy Laco to nie takie znowu maluszki.
Tak, po co komu kolejny zegarek? Piszę te słowa z tanim Boldrem Venture na nadgarstku (bardzo lubię, świetny jest) rozmyślając nad wpisem Dominika. Tak @cordi7 ma rację, Hanhart 417 ES 39mm ma coś w sobie. I kosztuje tylko 9k z czymś, czyli mniej niż 10k. ;). Lubię Boldra, super czytelny jest. I praktyczny z WR200... W maju na Aurochronos w Warszawie będzie Hanchart ;).
To hobby nie jest racjonalne. I cóż, trzeba z tym żyć...