Odgrzeję tego kotleta, bo problem chyba nie dotyczy tylko tego konkretnego przypadku naszego sympatycznego, zatroskanego kolegi. Jakoś czuję, że paru innych też identyfikuje u siebie taką przypadłość, co by daleko nie szukać - choćby piszący te słowa 😅
Każdy, kto lubi grzebać w ludzkich mózgach odpowie, że przyczyn należałoby szukać w głębokiej przeszłości, ale zamiast zająć się etiologią problemu lub starać się zaakceptować fakt, że zegarki łapią rysy, moim skromnym zdaniem wystarczy szybka terapia... manualna. Cała Twoja rzeczywistość drogi przyjacielu zmieni się na lepszą, kiedy odkryjesz, że ewentualne rysy na pięknej, nieskazitelnej powierzchni Omegi możesz własnoręcznie... usunąć w dowolnym momencie. Ta świadomość Cię wyzwoli, jak i było w moim przypadku.
Kup do ćwiczeń parę tanich, używanych, lekko porysowanych zegarków w stali. Zainwestuj w papiery wodne o gradacji P800, P1000, P1500, P2000 i P5000. Parę złociszy za arkusz. Do tego ściereczki CapeCod i od tego możesz zacząć. Szybko nabierzesz wprawy najpierw w delikatnym usuwaniu mikro rys a potem w coraz trudniejszych i głębszych. Generalnie praca jest prosta, wymaga jedynie czasu, ale relaksuje i wycisza wszelkie wariactwa. Po takim zabiegu po rysach nie powinno być śladu, a Ty wyluzujesz do następnego razu 😂
A jeżeli zdarzy się straszna katastrofa i zegarek ucierpi naprawdę mocno, to po prostu poprosisz o pomoc jednego z kilku świetnych ekspertów od renowacji kopert. Ci potrafią zdziałać niemal cuda, używając profesjonalnych maszyn czy spawarki laserowej. Koszt nie jest dramatyczny w porównaniu do ceny tej Omegi - parę procent jej wartości.
Ale już bardziej na serio, absolutnie rozumiem kolegę, który myśli o tym zegarku bardziej emocjonalnie niż tylko jak o kolejnym przedmiocie i nie musi to oznaczać jakiegoś poważnego zaburzenia. Niektóre przedmioty mają jakąś magię dla posiadacza a inne nie, niezależnie od ich wartości materialnej. Rację mogą mieć też Ci, którzy twierdzą, że po kilku rysach jakoś zaczyna się odpuszczać. Gdy rozbiłem swoją wymarzoną Corvette długo było mi cholernie szkoda tej maszyny. Parę lat później konkretne porysowanie Porsche już nie bolało, jeździłem z rysami niemal z dumą, jak niektórzy z bliznami po honorowym mordobiciu w pubie 😉
Koledze życzę jednak, by nie musiał mierzyć się z traumą poważnych uszkodzeń ulubionego przedmiotu a ze wszystkimi zainteresowanymi wymianą doświadczeń z usuwania rys chętnie pogadam.