W ostatnią sobotę wybrałem się wreszcie na nowego Batmana... Obawy były spore. Wychowałem się na starych Batmanach - mam tu na myśli te, które reżyserował Tim Burton. To były batmany specyficzne, jak stylistyka Tima Burtona, ale bardzo przypadły mi do gustu. Od razu też zaznaczam, że nie zachwycałem się tymi batmanami, które wyreżyserował chociażby Nolan, choć trzeba mu oddać, że po latach posuchy (mam na myśli wszystkie batmany po tym Butrona z 1992 roku), tchnął w ten film nowe życie. Ale do rzeczy... Ja zatrzymałem się na rolach R. Pattisona z sagi "Zmierzch" (wiem, wstyd, ale oglądałem 🤣) i zastanawiałem się, jak on poradzi sobie z rolą Batmana? No i nie ma co ukrywać, dał radę, a my dostajemy chyba najbardziej skomplikowanego i niejednoznacznego batmana/Bruca Wayna jakiego pamiętam. To, co bardzo przypadło mi do gustu w tym filmie, to ciekawa historia (mogłoby w niej nie być tylko kobiety kota), klimat noir i naprawdę fajna muzyka, z pewnym niezapomnianym hitem Nirvany, świetnie pasującym do całego filmu. Film monumentalny, długi, bo trwający niemal 3h, gdzie efekty specjalne są dopełnieniem historii, a nie jej treścią, z bardzo interesującymi zdjęciami i bez licznych cięć typowych dla filmów bohaterskich, które to cięcia mi akurat przeszkadzają. Jeśli ktoś jeszcze tego filmu nie widział, to ja serdecznie polecam.