Obstawiam, że w przypadku przeplecenia wątków w mniejszym stopniu, tak jak to było w książce, większa ilość widzów miałaby problem ze zrozumieniem fabuły Atlasu niż w takiej postaci jak zaserwowało nam to rodzeństwo Wachowskich. Po prostu ludziska by pozapominali co oglądali godzinę czy dwie temu. Sama książka jest trudna, wymaga skupienia i zapamiętywania całej masy szczegółów. Film, jako, że w miarę dobrze oddaje sens książki (dodając do niej dźwięk, czyli tytułowy Atlas chmur) stawia podobne wymagania. Mamy do czynienia z 6 wątkami, nie z trzema jak w Babelu i Amores Perros, i to wątkami przeplatającymi się "o wiele gęsciej" niż w tych filmach, gęściej niż we wspomnianym wcześniej "Źródle". Osobiście widzę trochę uniwersalnych prawd w tym filmie - sens istnienia, miłość, śmierć, walka z tyranią, czy generalnie ze złem... Być może te prawdy są oczywiste, lecz jeżeli uznalibyśmy to za wadę filmu to musielibyśmy automatycznie zdyskredytować większość światowego kina o jakichkolwiek ambicjach. Z drugiej strony, takie proste prawdy tak podane jednak mogą przykuwać uwagę wielu widzów. A czy film koniecznie musi mieć przesłanie, nie może po prosu bawić? Największą zaletą tego filmu jest to, że prawie każdy znajdzie w nim coś innego, niektórzy być może nic . Stąd częste określenie go "genialnym kiczem". Tak jak byłem zachwycony całkowitą odmiennością wszystkich światów przedstawionych w książce (a za razem ich kompletnym przystawaniem do siebie), w tym odmiennością lingwistyczną, tak w filmie niesamowicie podoba mi się konwencja splatająca w jednym filmie kilka gatunków - kryminał, komedię, SF, SF post-apokaliptyczne, dramat, obyczaj, romans... Jak dla mnie warto, naprawdę warto. Nawet jeżeli nie dlatego co napisałem powyżej to dla samych zdjęć, muzyki, scenerii i wspaniałej gry aktorskiej.