Teoria nie od rzeczy, ale jest jeszcze jeden istotny aspekt. Jachty i domy są nie tylko duże lecz również kosztowne w utrzymaniu. Własny jacht wykorzystuje się w krótkich okresach, chyba że się na nim mieszka. W pozostałym czasie trzeba coś z nim zrobić, albo przechowywać na lądzie (w hali czy pod plandeką), albo w marinie z "otwartą wodą". Trzeba więc ponosić koszty przechowywania i konserwacji. Większe i droższe jachty przewozi się do cieplejszej strefy klimatycznej i tam wynajmuje innym, najczęściej zlecając to profesjonalnej firmie czarterowej. Ludzie radzą też sobie w ten sposób, że trzymają jacht na stałe np. w Szwecji i lecą tam z Polski za każdym razem kiedy chcą popływać. Trzeba to z góry planować, myśleć o tym, obsługiwać logistycznie, nadzorować ludzi którzy się tym zajmują, i oczywiście mieć na to wszystko pieniądze. Kiedy mieszkałem w Zurychu, problemem moich znajomych było zdobycie miejsca postojowego dla łodzi, bo w marinach w całej okolicy wszystkie miejsca były zarezerwowane na 50 lat.
Problemów i kosztów związanych z całoroczną obsługą rezydencji z ogrodem albo parkiem, której się nie używa na stałe, nie omawiam bo łatwiej to sobie wyobrazić. Zwłaszcza jeśli się wie z doświadczenia, ile pracy i kosztów wymaga zwyczajny dom, żeby przyzwoicie funkcjonował i wyglądał. Jak przy tym wypada zegarek, nawet bardzo drogi? Bardzo dobrze wypada
Zamiłowanie do poszukiwania dobrego dźwięku doskonale rozumiem. Pod koniec lat '60 mój wujek, elektronik, przywiózł z Czechosłowacji czterościeżkowy magnetofon marki Tesla, wówczas duża rzadkość. Podobno w dzieciństwie bardzo dobrze reagowałem na boogie-woogie, odtwarzane z tego sprzętu "na full". Od tego się zaczęło.
Przez lata trochę się rozwinąłem audiofilsko, m.in. pod wpływem kolegów, którzy mieli dobrze nagrane płyty sprowadzane z Zachodu i nienajgorszy sprzęt. Przeważnie przywożony z zagranicy, bo peweksowy Technics nie spełniał ich wymagań. Najwięcej jednak zawdzięczam znajomym muzykom, inaczej może zatrzymałbym się na słuchaniu tylko takiej muzyki, której słuchają "wszyscy".
"Dobra muzyka" i "dobry dźwięk" to nie są pojęcia uniwersalne. Wręcz przeciwnie, dla każdego oznaczają coś innego. Nawet wśród audiofilów "siedzących w sprzęcie" definicje tych pojęć mają spory rozrzut, przy czym ulubione gatunki muzyczne mają związek z wyznawanym kanonem "dobrego dźwięku". Podstawowe braki sprzętu lub nagrania łatwo wychwycić, przesterowanie wzmacniacza usłyszy raczej każdy, ale żeby usłyszeć kolumny grające w przeciwfazie albo zamienione kanały, to już wymaga pewnego minimum osłuchania. Dla niektórych "dobry dźwięk" to tylko bardzo głośne odtwarzanie nagrań bez wyraźnych zniekształceń, dla innych "dobry sprzęt" to taki, który kaleczy uszy podbitymi skrajnymi częstotliwościami pasma. Ogólnie najlepiej założyć, że ludzie w większości są głusi (a w przypadku zegarków również ślepi), wówczas upodobania niektórych "koneserów dźwięku" przyjmuje się z dystansem i wyrozumiałością.
Tak jest. Istnieją poziomy odbioru muzyki, podobnie jak literatury czy sztuk wizualnych. Są popularne utwory, które wszyscy lubimy (głównie dlatego, że są często odtwarzane w mediach, więc mózg się z nimi oswaja), ale i takie, w które trzeba się mocniej wgryźć i najlepiej wysłuchać na żywo, żeby załapać o co chodziło kompozytorowi czy wykonawcy. To nie jest konieczne do życia, bo można przez 50 lat słuchać ulubionego rocka, ogranej klasyki, albo ogólnie wciąż tego samego stylu i być szczęśliwym. Podobnie jak z zegarkami, rozwój polega na ciągłych poszukiwaniach.