Na gruncie osobistym nasze dylematy są oczywiście zrozumiałe - to szukanie odpowiedzi na pytanie czy więcej ryzykuję wracając do normalności bez szczepień czy szczepiąc się. O ryzykach w populacji niezaszczepionej sporo już wiemy - wszystkie kraje które zwlekały z restrykcjami lub je za mocno luzowały stawały na krawędzi załamania systemu ochrony zdrowia - wtedy na COVID umierają nie tylko starzy, ci z cięższym przebiegiem ale także młodsi , średnio - ciężko chorujący, nikt inny też nie dostaje pomocy bo system ustawiony jest w 100% na walkę z COVIDem. Co więcej już mamy za mało lekarzy a po niekontrolowanej pandemii byłoby jeszcze mnie stąd kolejne ofiary zbyt długo czekające na pomoc w onkologii, kardiologii, diabetologii itd. Słowem efekt domina. Czy gospodarka będzie się miała dobrze ? Ludzie skonfrontowani z zapaścią systemu ochrony zdrowia i tak zamkną się w domach i żaden hotel, restauracja czy siłownia nie skorzysta. Galerie też nie. Czy gospodarce pomogą Ci aktywni zawodowo, intelektualne ,którzy umarli lub odnieśli w trwały uszczerbek na zdrowiu? Dożywotnia opieka nad tymi ostatnimi będzie sporo kosztować. Tyle wiemy bo tak to działa w krajach które próbowały mieć ciastko i zjeść ciastko. Jak nazwać tych którzy, w imię własnych interesów albo popularności albo w imię „wolności „ negują taki obraz namawiając do bicia rekordów COVIDOwych?
Po drugiej stronie jest obietnica powrotu do normalności za cenę przyjęcia nowej szczepionki. Tu rozumiem, że nie każdy jest w stanie poskładać klocki dodatkowo niektórych klocków brakuje. Kilkumiesięczne obserwacje kilku milionów chorych mówią na razie, że odsetek reakcji alergicznych jest bardzo niski w porównaniu do większości znanych nam szczepień. Sugerują skuteczność w uzyskaniu odporności na poziomie 70-90% . Oczywiście nie wiemy na jak długo, czy wszyscy i od czego to zależy ale to już coś. O obawach o odległe efekty nie piszę bo to trochę science - fiction poza tym nie mamy czasu by czekać bezczynnie dekadę. Mity, że nie da się wynaleźć czegoś szybciej bo kiedyś robiliśmy to wolniej zostawiam miłośnikom gołębi pocztowych lub Poczty Polskiej - wychodzi na to samo 😉 .Czyli albo ufamy swojej zdolności oceny dostępnych faktów co do szczepień, albo zdajemy się na innych albo czekamy ...przynajmniej, aż wszczepi się ta część populacji, która chce. Nawoływanie teraz na ostatniej prostej do otwierania wszystkiego jest skrajnie nieodpowiedzialne żeby nie napisać mocniej.
Czy wyszczepienie tylko chętnej części populacji załatwi sprawę? Wydawałoby się że Teoretycznie tak bo Ci co chcieli być są chronieni a reszta ponosi świadome ryzyko przechorowania, zgonu, powikłań itd. Są co najmniej trzy minusy tego scenariusza 1. Po pierwsze jeśli wszczepi się połowa. To nadal 15 milionów dorosłych Polaków będzie narażonych na zachorowanie - system ochrony zdrowia będzie narażony na paraliż. 2 Po drugie - na razie nie ma szczepionki dla dzieci które niby chorują łagodnie ale nie wszystkie , dodatkowo nie mamy za dużo danych u dzieci na temat powikłań odległych ( skoro są u bezobjawowych lub skąpo objawowym dorosłych to dlaczego nie miałoby ich być u dzieci ) 3. Po trzecie , prawdopodobnie zmniejszamy sobie tym szansę na szybkie uporanie się z wirusem ( przykładów chorób zakaźnych które zniknęły po masowych szczepienia jest sporo) , oczywiście może być tak że wzorem chorób sezonowych wirus zacznie szybko mutować i szczepienia trzeba będzie powtórzyć ale jednak szybkie zmasowane uderzenie dałoby nadzieję na zduszenie pandemii już teraz.
Dla mnie na dziś plan minimum to nadal ograniczać szansę transmisji wirusa racjonalnym lockdownem i szczepić szybko ( szybciej !) wszystkich chętnych. Jednocześnie edukować i zachęcać szczepienio- sceptyków licząc na efekt skali. A luzowanie i tak etapami obserwując efekty. Ale pewnie się mylę.