Będąc nastolatkiem marzyłem o kabriolecie. Pojechałem kiedyś służbowo do Włoch, kolega miał MG kabrioleta. Mówię, dawaj przejadę się, marzenie sobie spełnię. No i się przejechałem: jeszcze na fajnej, krętej drodze, jadąc sobie dość wolno, jazda z otwartym dachem była przyjemna. Potem wjechałem na autostradę i się zaczęło: wieje, huk, gwiżdże i do dooopy. Wjechałem do miasta i po kilkunastu minutach miałem dość smrodu z rur wydechowych samochodów przede mną i motorów z boku. Do tego kark mi spaliło bo to był gorący dzień, a głowa mnie od upału bolała. Założyłem dach, oddałem auto i nigdy więcej o kabriolecie już nie marzyłem. Podobnie mieli znajomi, gdy pojechali do Hiszpanii i chcieli stylowo urlop spędzić: dziewczyna prawie dostała udaru od jeżdżenia cały dzień w upale w pełnym słońcu z otwartym dachem.
Może mając jakieś super kabrio z tzw. (nie pamietam dokładnie nazwy) łapaczem wiatru (chyba Mercedes SL i SLK to miały/mają) jazda z otwartym dachem to przyjemność, ale większości sytuacji to bez sensu.