Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

Lincoln Six Echo

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    18851
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    105

Zawartość dodana przez Lincoln Six Echo

  1. Złapałem się ostatnio na tym, że nawet jak słucham hip-hopu, to mam „uprzedzenia”... Beastie Boys, House of Pain, La Coka Nostra, Control Machete... sami nieafronormatywni... Jakby moja selekcja rapu przeszła przez filtr SPF 50. No ale co poradzę – chyba nawet boom bap wolę z domieszką laktozy niż melaniny.
  2. Nie jestem całkiem pewien, ale niewykluczone, że tytuł tego albumu jest wg mnie najzayebystczym z zayebystych w historii muzyki. A na pewno w moim TOP 3 tytułów. W lipcu '87 miałem trochę mniej niż 18 lat i już dobrze znałem Dead Can Dance – debiut i „Spleen and Ideal” krążyły, dzięki rodzince z RFN , między adapterem a kaseciakiem. 4AD to była dla mnie w ogóle właściwie osobna planeta – Cocteau Twins, This Mortal Coil, Xmal Deutschland… wiadomo. Więc na „Within the Realm of a Dying Sun” po prostu czekałem. Pierwszy raz usłyszałem go dzięki nieodżałowanemu Tomkowi Beksińskiemu. Potem, po paru miesiącach, zdobyłem winylowe wydanie. Wakacje. Lato. Do końca ogólniaka już bliżej niż dalej... Miałem za sobą "ostre przejścia" z Joy Division, Cure, Marillionem, ale też leciały u mnie Depeche Mode, Slayer, Metallica, The Police, Duran Duran – wszystko naraz. Był czas i na „Clairvoyant”, i na „Charlotte Sometimes”. Nie miałem jednego klimatu, tylko ciągłą potrzebę poznawania nowych rzeczy - a i mnóstwo starych było dla mnie zupełnie nowymi. No i ten album mnie zaczarował. Nie jakimś "efekciarstwem" – właśnie wręcz przeciwnie. Lisa Gerrard i Brendan Perry nie grali muzyki, oni jakby otwierali przejście do innego wymiaru. Cała ta płyta brzmiała jak msza dla świata po końcu świata. Nie było tam, rzecz jasna, „przebojów”, nie było refrenów, nie było rytmu, który można by łatwo wystukać palcem. Ale był "ładunek egzystencjalny"... Słuchałem tego najczęściej w nocy, przez słuchawki. To była płyta, której się nie puszczało znajomym - zatrzymywało się ją tylko dla siebie. Nie wiem, czy wtedy w pełni ją rozumiałem, ale czułem podskórnie, że to jest muzyka nie z "teraz", nie "na teraz", ale... może na zawsze..? Dziś mam 55 lat i wracam do niej od czasu do czasu. Bez wielkiej nostalgii. Bez dramatycznych sentymentów. Po drodze zbyt wiele się u mnie muzycznie zdarzyło i, w sumie, nadal dzieje. Wracam, bo ten album... po prostu dalej działa. Tak samo mocno. Tylko teraz już wiem, dlaczego. Wczoraj płyta Dead Can Dance "Within the Realm of a Dying Sun" skończyła 38 lat.
  3. Pamiętam ten dzień całkiem wyraźnie, choć minęło już wiele lat. W małym sklepie muzycznym we włoskim Treviso, specjalizującym się w BARDZO szeroko rozumianej muzyce "alternatywnej", przypadkiem trafiłem na (winylową, oczywiście) EP-kę "Hands All Over" w "special edition", z bonusem w postaci dodatkowych kawałków. W sumie to chyba najbardziej przyciągnęła moje oko nalepka z napisem: "Parental Discretion Is Advised - Explicit Lyrics!". Nie wiedziałem wtedy, że ten zakup otworzy mi drzwi do jednego z najpotężniejszych głosów, jakie kiedykolwiek istniały w muzyce rockowej. Gdy puściłem płytę i rozległ się wokal Chrisa Cornella, poczułem, że ten głos nie tylko przenika – on wierci w człowieku, zostaje gdzieś naprawdę głęboko i nie daje zapomnieć. Był dziki, surowy, a jednocześnie boleśnie ludzki. Zacząłem od „Hands All Over”, riffowego potwora z niemal biblijnym gniewem. A potem ten „Come Together” – zagrany z pazurem, ale bez cienia fałszywego heroizmu. To nie był hołd, to była transformacja. Od tej chwili wiedziałem, że chcę więcej. I więcej przyszło: „Rusty Cage”, „Black Hole Sun”, „Like a Stone”, „Hunger Strike”… I tak dalej... Jakiś czas potem, Cornell był już mainstreamową gwiazdą... Z czasem Chris stał się dla mnie kimś więcej niż tylko wokalistą. Był głosem melancholii, złości, refleksji. Gdy śpiewał, miałem wrażenie, że zna wszystkie miejsca, w których byłem w sobie sam – nawet te, których nie umiałem jeszcze nazwać. Jego odejście zabolało, jakby pękło coś osobistego. Jakby głos, który towarzyszył mi przez tyle lat, nagle zamilkł na zawsze. Ale wracam do niego. Czasem właśnie do tej pierwszej EP-ki. Do chwili, gdy jeszcze nic nie wiedziałem, a jednocześnie przeczuwałem, że w tym głosie jest coś, co zostanie ze mną na zawsze... Niedawno, jak pewnie część z Was świetnie wie, minęła rocznica urodzin Cornella. 20 lipca skończyłby 61 lat...
  4. White Lies przypomnieli mi, dlaczego ich lubię. A przy okazji odświeżyłem sobie parę starszych numerów.
  5. Nowy lewy obrońca AC MILAN. Może jednak odejście Theo nie będzie aż taką stratą..?
  6. Do tego cmentarza nie ma żadnego podejścia ani podjazdu od strony tamtej drogi (292) - trzeba przejechać spory kawalek i podjechać z zupelnie przeciwnej. Tam naprawdę nie ma żadnego ruchu pieszych. Ale to tak tylko. Co do zasuwania na stację "bo opony" - masz rację, teoretycznie przy ROF moglem spokojnie jechać i jeszcze sporo dlużej, ale... chcialem szybko sprawdzić, co się dzieje. Jak napisalem, podjąlem zlą decyzję. To prawda.
  7. Dzięki za głos – choć nie we wszystkim się z Tobą zgadzam, to przynajmniej rozwinąłeś myśl, nie sprowadzając wszystkiego do „nie umiesz jeździć, to siedź na d*pie”. Ad. 1 – jasne, przy spadku ciśnienia warto uważać. Ale nie jechałem jak w Need for Speed. Miałem realny powód do wyprzedzenia – nie prowokacja, nie pośpiech, tylko obawa, że zaraz będę zmuszony się zatrzymać awaryjnie w miejscu bez pobocza, w szczerym polu, coś mi się tam dzieje z tymi oponami. Oceniłem, że lepiej wyprzedzić i zjechać na stację. Źle oceniłem – i poniosłem konsekwencje. Ale to nie była brawura, tylko kalkulacja w sytuacji podwyższonego stresu. Ad. 2 – tu się różnimy. Moim zdaniem są miejsca, które formalnie mają oznaczenie zabudowanego, a realnie z zabudowanym nie mają wiele wspólnego. Ale jasne – według litery prawa masz rację. Ja natomiast wskazuję, że litera i duch prawa czasem idą w różnych kierunkach. Ad. 3 – przy tej logice cała Polska powinna być objęta ograniczeniem do 30 km/h. „Bo może gdzieś pijaczek”, „bo może ktoś wyjdzie z pola”. Oczywiście – trzeba uważać, ale absurdalne byłoby też przerzucanie 100% odpowiedzialności na kierowców przy braku logiki w projektowaniu ograniczeń. Ja nie mówię: „wolna amerykanka” – ja mówię: realnie oceniajmy miejsca i zachowania. Ad. 4 – dokładnie. W wielu krajach niektóre odcinki wyjęte spod „zabudowanego” mają wyższy limit, jeżeli ich charakter na to pozwala. I o to mi chodzi – żeby nie brać każdej tabliczki jako boskiego objawienia, tylko analizować, gdzie są błędy systemowe. Ad. 5 – no tak. Policja robi swoje. Ale to nie znaczy, że nie wolno wskazać sytuacji, w których system premiuje polowanie zamiast profilaktyki. Na koniec: ja nie „psioczę”, tylko analizuję. To różnica. Popełniłem wykroczenie – tak. Ale chyba mamy prawo przy okazji rozmawiać o tym, jak można by poprawiać przepisy, oznakowanie i egzekwowanie, żeby służyło nie tylko statystyce? Pozdrawiam.
  8. OK, źle się wyraziłem. Mój błąd. W tym miejscu jest, oczywiście, to co widać. Zresztą, wydaje mi się, że sam o tym fakcie wspomniałem w pierwszym poście. Bo ja istnienia oznakowania nie negowałem. Chodziło mi o coś nieco innego. Jechałem od strony numeru 2, czyli od ul. Wojska Polskiego, i faktycznie: znak "teren zabudowany" oczywiście tam stoi. Po jego minięciu za ok. 200 metrów chyba jest rondo, a zjeżdżając w 292 kierowca wjeżdża w długi odcinek otwartego pola, bez jakiejkolwiek zabudowy, bez chodników, bez przejść, bez żadnych szczególnych przesłanek „miejskich”. W moim przekonaniu to przykład oznakowania rozjechanego z rzeczywistością: formalnie się zgadza, ale realnie nie ma żadnych sygnałów terenowych, że poruszamy się w zabudowanym. Dlatego napisałem, że oznakowanie jest "nieczytelne" – nie chodziło mi o to, że znaku nie widziałem albo że jest schowany w krzakach. Tylko że jego treść jest sprzeczna z tym, co kierowca realnie widzi przed sobą. I dlatego moim zdaniem ten odcinek to idealny przykład miejsca, gdzie przepis jest, ale nie wiem, czy adekwatny. Sformułowania użyłem niefortunnego, ok. Moje pytania zasadniczo brzmiały: 1. czy się zgadzacie z moją opinią o klasyfikacji tej drogi jako terenu zabudowanego; 2. czy uważacie, że sankcja jest proporcjonalna do wykroczenia i okoliczności. Część wypowiadających się nie odpowiadała na te pytania, za to robiła mało eleganckie uwagi personalne i bardziej niż sytuację próbowała chyba oceniać mnie jako osobę, ale ***** ***. Ja Cię nie nazwałem ani frajerem, ani głupim, ani w żaden podobny sposób. Nie mam problemu z tym, że dostałem karę. Pisałem już z 2-3 razy wcześnie - opisałem sytuację, bo: uważam, że miejsce warte jest pokazania – jako przykład dyskusyjnego oznakowania i egzekwowania przepisów, być może ta sytuacja da komuś do myślenia i będzie jeździć w takich miejscach uważniej niż ja; chciałem porównać opinie odnośnie przepisów dot. tego rodzaju terenu. To, że Ty zawsze jeździsz ostrożnie i zgodnie z przepisami – szacun. Ale też nie uważam, że każdy, kto nie zdążył zwolnić albo komu TPMS zaczyna pikać w złym momencie, to od razu idiota czy pirat. Ja do tego incydentu nie dostałem mandatu przez kilkanaście lat, a w całej mojej historii to jest drugi w "kolekcji" - pierwszy dostałem za wyjazd z wioski z prędkością 52 km/godz. przy ograniczeniu do 40, kiedy może jakieś 200 metrów za wcześnie przyspieszyłem i radar zdjął mnie wstecznie. I jasne – możesz ten post uznać za zbędny. Ale może dla kogoś innego, kto tu zajrzy, będzie to impuls do jakichś przemyśleń. Może ktoś nie zrobi takiego błędu, jaki ja popełniłem. I tak dalej. Bo nie każda reakcja musi być albo drętwą skruchą, albo świętym oburzeniem albo atakiem na autora.
  9. To dopisz mnie do listy tych, którzy „refleksję mają zawsze po mandacie”. Bo faktycznie – nigdy wcześniej nie analizowałem tej konkretnej drogi ani nie szukałem tam znaków. Jechałem tamtędy może 2–3 razy w ciągu ostatnich może 20 lat, więc nie miałem zwyczaju siadać z mapką i ustawą przed każdym przejazdem przez pola. I za każdym razem przekraczałem dozwolone 50 km/godz. Bo oznakowanie tam jest nieczytelne, niedostosowane do miejsca i praktycznie wszyscy kierowcy z mojej miejscowości, z którymi rozmawiałem, byli pewni, że tam jest do 90.
  10. To, co nazwałeś „szukaniem wymówek”, było po prostu opisem przebiegu sytuacji. Nie po to, żeby mnie ktokolwiek usprawiedliwiał – tylko po to, żeby forumowicze mogli ocenić kontekst, zanim skomentują. Opis okoliczności nie wyklucza przyjęcia konsekwencji. Co do Twojego pytania: „Nie zapaliła ci się lampka, że ten samochód przed tobą jedzie wolno, bo coś wie?” Po pierwsze – jestem lokalsem. Mieszkam tu. Wydawało mi się, że to można wyczytać z moich wpisów. Po prostu akurat tym konkretnym i, moim zdaniem, mocno specyficznym odcinkiem właściwie nie jeżdżę. Byłem zmęczony, zestresowany wydarzeniami, o których nie chcę tu pisać, było późno. Tłumaczę się teraz - jakby co. Po drugie – jak widzisz samochód jadący 40 km/h w miejscu, gdzie nie ma zabudowy, ludzi, przejść ani latarni, to nie jest tak, że od razu zakładasz, że wie więcej niż Ty. Szczególnie wieczorem, na pustej drodze, gdy po prostu próbujesz dojechać do stacji. Pomyślałem wtedy, że ktoś może się bawi w „blokera” – bo tak się tu, niestety, często dzieje. Zwłaszcza, kiedy startuje weekend, a to był piątek wieczorem. A co do wyprzedzania: jeśli różnica prędkości między pojazdami wynosi kilkadziesiąt km/h, to przekroczenie 90–100 km/h na 300-metrowym odcinku nie jest „szarżą”, tylko naturalną konsekwencją manewru. I właśnie wtedy zarejestrowano to przekroczenie. To wszystko opisałem. Jeśli ktoś widzi w tym „tłumaczenie się” – to widocznie po prostu szuka tego, co już wcześniej sobie założył. I na koniec: Przyjmuję do wiadomości, że Twoim zdaniem kara jest adekwatna, a oznaczenie terenu jako zabudowanego – w pełni uzasadnione.
  11. @nicon @beniowski Nie neguję, że przekroczyłem prędkość. Nie piszę, że jestem niewinny. Nie zasłaniam się matką w szpitalu ani kretowiskiem na drodze. Piszę o czymś innym: – o tym, że system przepisów i ich egzekucji bywa oderwany od realiów, – że ten konkretny odcinek drogi nie spełnia żadnych faktycznych warunków terenu zabudowanego, – i że kara 4,5 miesiąca za 300 metrów jazdy 100 km/h na pustym prostym odcinku wśród pól to nie jest „oczywista proporcja”, tylko materiał do rozmowy. To, że ja postanowiłem coś przeanalizować, zamiast wypalić: „eh, ch*j z tym, życie”, to nie ucieczka od winy – to refleksja nad tym, jak działa system, w którym żyjemy. Zarzut „wszyscy winni, tylko nie ja” można by próbować kleić, gdybym pisał o UFO, spisku policji i pomiarze z kosmosu. Ale ja napisałem: była sytuacja, było przekroczenie – i był absurd miejsca, który warto pokazać. Co do „elaboratów” - chciałem po prostu potencjalnym wypowiadającym się opisać sytuację jak najdokładniej.
  12. Przeczytaj mojego posta jeszcze raz, bez uprzedzeń. Nigdzie nie napisałem, że nie należy pilnować przepisów „na prowincji”. Nigdzie nie sugerowałem, że skoro w mieście bywa burdel, to wszędzie można walić 100+. Napisałem tylko (i aż): prawo, żeby mieć sens, musi być osadzone w realiach – a oznakowanie terenu zabudowanego na gołym polu, bez chodnika, bez zabudowy, bez jakiejkolwiek infrastruktury, to jest farsa, nie prewencja. Z całym szacunkiem: Twoja odpowiedź to walka z tezami, które w ogóle się w moim tekście nie pojawiły.
  13. No to u mnie jest totalna wolnoamerykanka pod tym względem. A jak człowiek spojrzy w Kodeks i poczyta o wymaganych odległościach od przejścia dla pieszych, skrzyżowania, zakrętu, etc., to już się robi istny Monty Python. Za to bardzo często widać radiowozy w miejscach może nie takich, jak to "moje" z niniejszego posta, ale gdzieś na totalnym wypizd...wie, gdzie kompletnie nic nie ma, zero pieszych, zero niemal ruchu, itd. - stoją, przyczajeni w krzakach i chyba wyrabiają normę mandatów, bo komendant rozkazał. Wiem, bo tak się akurat składa, że bardzo często jeżdżę po tamtych terenach. Znajoma ma męża policjanta. On mi powiedział, że kolesie w takich radiowozach mają ustawione kamery z tyłu i z przodu i że niby system jest tak ustawiony, że automatycznie rejestruje dwukrotne i wyższe przekroczenie dopuszczalnej, a oni już nie mogą, nawet gdyby chcieli, tego "skasować". Twierdził, że im się po prostu sygnalizacja włącza i muszą takiego delikwenta (w tym wypadku mnie) zatrzymać i "obdarować", bo inaczej sami mieliby "problems". Podobno.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.