Dziś odświeżyłem sobie "Singles" Camerona Crowe. I, jak to mawiał klasyk, nie wiem, czy się wzruszyłem, czy po prostu zjadłem za dużo hummusu.
To był ten moment, kiedy człowiek siada z kawą (nie jakąś tam specjalnie dobrą – po prostu kawa, która miała być tania i gorąca, a wyszła letnia i rozczarowująca – czyli w sumie idealna do wspomnień), włącza film z lat 90. i... wraca do siebie. Tego siebie sprzed trzydziestu kilo, kilku zawodów miłosnych i w sumie niespełnionego snu o karierze w branży muzycznej (która okazała się trudniejsza niż granie na flecie z jednym palcem).
Ten film to taka jakby kapsuła czasu: flanelowe koszule, niepokój egzystencjalny prawie i całkiem trzydziestolatków - zanim to stało się modne - i muzyka, która towarzyszyła mi wtedy, kiedy wszystko wydawało się możliwe – nawet życie bez smartfona. Soundtrack z Pearl Jam, Alice in Chains i Smashing Pumpkins znów trafił mnie prosto w serducho. Choć teraz bardziej niż riffy, poruszył mnie fakt, że pamiętam, gdzie byłem, z kim byłem i kim myślałem, że się stanę.
Cóż, nie zostałem kultowym wokalistą grunge. Zostałem gostkiem, który od czasu do czasu odkurza stare płyty i zastanawia się, dlaczego nikt już nie pisze takich filmów o ludziach, którzy się boją zadzwonić do siebie nawzajem, mimo że tak bardzo chcą...
No i jeszcze jedno: Matt Dillon w tej czuprynie – arcydzieło charakteryzacji czy sabotaż kariery? Do dziś nie wiem. Ale za każdym razem śmieję się jak dzieciak.
Polecam. Przypomnieć sobie. Albo poznać.
Tylko ostrzegam – po seansie można złapać się na szukaniu flanelowej koszuli w szafie i odpalaniu Temple of the Dog na cały regulator. Sąsiedzi nie będą zachwyceni, ale dusza – owszem.