Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

Lincoln Six Echo

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    18876
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    105

Zawartość dodana przez Lincoln Six Echo

  1. Złapałem się ostatnio na tym, że nawet jak słucham hip-hopu, to mam „uprzedzenia”... Beastie Boys, House of Pain, La Coka Nostra, Control Machete... sami nieafronormatywni... Jakby moja selekcja rapu przeszła przez filtr SPF 50. No ale co poradzę – chyba nawet boom bap wolę z domieszką laktozy niż melaniny.
  2. Nie jestem całkiem pewien, ale niewykluczone, że tytuł tego albumu jest wg mnie najzayebystczym z zayebystych w historii muzyki. A na pewno w moim TOP 3 tytułów. W lipcu '87 miałem trochę mniej niż 18 lat i już dobrze znałem Dead Can Dance – debiut i „Spleen and Ideal” krążyły, dzięki rodzince z RFN , między adapterem a kaseciakiem. 4AD to była dla mnie w ogóle właściwie osobna planeta – Cocteau Twins, This Mortal Coil, Xmal Deutschland… wiadomo. Więc na „Within the Realm of a Dying Sun” po prostu czekałem. Pierwszy raz usłyszałem go dzięki nieodżałowanemu Tomkowi Beksińskiemu. Potem, po paru miesiącach, zdobyłem winylowe wydanie. Wakacje. Lato. Do końca ogólniaka już bliżej niż dalej... Miałem za sobą "ostre przejścia" z Joy Division, Cure, Marillionem, ale też leciały u mnie Depeche Mode, Slayer, Metallica, The Police, Duran Duran – wszystko naraz. Był czas i na „Clairvoyant”, i na „Charlotte Sometimes”. Nie miałem jednego klimatu, tylko ciągłą potrzebę poznawania nowych rzeczy - a i mnóstwo starych było dla mnie zupełnie nowymi. No i ten album mnie zaczarował. Nie jakimś "efekciarstwem" – właśnie wręcz przeciwnie. Lisa Gerrard i Brendan Perry nie grali muzyki, oni jakby otwierali przejście do innego wymiaru. Cała ta płyta brzmiała jak msza dla świata po końcu świata. Nie było tam, rzecz jasna, „przebojów”, nie było refrenów, nie było rytmu, który można by łatwo wystukać palcem. Ale był "ładunek egzystencjalny"... Słuchałem tego najczęściej w nocy, przez słuchawki. To była płyta, której się nie puszczało znajomym - zatrzymywało się ją tylko dla siebie. Nie wiem, czy wtedy w pełni ją rozumiałem, ale czułem podskórnie, że to jest muzyka nie z "teraz", nie "na teraz", ale... może na zawsze..? Dziś mam 55 lat i wracam do niej od czasu do czasu. Bez wielkiej nostalgii. Bez dramatycznych sentymentów. Po drodze zbyt wiele się u mnie muzycznie zdarzyło i, w sumie, nadal dzieje. Wracam, bo ten album... po prostu dalej działa. Tak samo mocno. Tylko teraz już wiem, dlaczego. Wczoraj płyta Dead Can Dance "Within the Realm of a Dying Sun" skończyła 38 lat.
  3. Pamiętam ten dzień całkiem wyraźnie, choć minęło już wiele lat. W małym sklepie muzycznym we włoskim Treviso, specjalizującym się w BARDZO szeroko rozumianej muzyce "alternatywnej", przypadkiem trafiłem na (winylową, oczywiście) EP-kę "Hands All Over" w "special edition", z bonusem w postaci dodatkowych kawałków. W sumie to chyba najbardziej przyciągnęła moje oko nalepka z napisem: "Parental Discretion Is Advised - Explicit Lyrics!". Nie wiedziałem wtedy, że ten zakup otworzy mi drzwi do jednego z najpotężniejszych głosów, jakie kiedykolwiek istniały w muzyce rockowej. Gdy puściłem płytę i rozległ się wokal Chrisa Cornella, poczułem, że ten głos nie tylko przenika – on wierci w człowieku, zostaje gdzieś naprawdę głęboko i nie daje zapomnieć. Był dziki, surowy, a jednocześnie boleśnie ludzki. Zacząłem od „Hands All Over”, riffowego potwora z niemal biblijnym gniewem. A potem ten „Come Together” – zagrany z pazurem, ale bez cienia fałszywego heroizmu. To nie był hołd, to była transformacja. Od tej chwili wiedziałem, że chcę więcej. I więcej przyszło: „Rusty Cage”, „Black Hole Sun”, „Like a Stone”, „Hunger Strike”… I tak dalej... Jakiś czas potem, Cornell był już mainstreamową gwiazdą... Z czasem Chris stał się dla mnie kimś więcej niż tylko wokalistą. Był głosem melancholii, złości, refleksji. Gdy śpiewał, miałem wrażenie, że zna wszystkie miejsca, w których byłem w sobie sam – nawet te, których nie umiałem jeszcze nazwać. Jego odejście zabolało, jakby pękło coś osobistego. Jakby głos, który towarzyszył mi przez tyle lat, nagle zamilkł na zawsze. Ale wracam do niego. Czasem właśnie do tej pierwszej EP-ki. Do chwili, gdy jeszcze nic nie wiedziałem, a jednocześnie przeczuwałem, że w tym głosie jest coś, co zostanie ze mną na zawsze... Niedawno, jak pewnie część z Was świetnie wie, minęła rocznica urodzin Cornella. 20 lipca skończyłby 61 lat...
  4. White Lies przypomnieli mi, dlaczego ich lubię. A przy okazji odświeżyłem sobie parę starszych numerów.
  5. Nowy lewy obrońca AC MILAN. Może jednak odejście Theo nie będzie aż taką stratą..?
  6. Do tego cmentarza nie ma żadnego podejścia ani podjazdu od strony tamtej drogi (292) - trzeba przejechać spory kawalek i podjechać z zupelnie przeciwnej. Tam naprawdę nie ma żadnego ruchu pieszych. Ale to tak tylko. Co do zasuwania na stację "bo opony" - masz rację, teoretycznie przy ROF moglem spokojnie jechać i jeszcze sporo dlużej, ale... chcialem szybko sprawdzić, co się dzieje. Jak napisalem, podjąlem zlą decyzję. To prawda.
  7. Dzięki za głos – choć nie we wszystkim się z Tobą zgadzam, to przynajmniej rozwinąłeś myśl, nie sprowadzając wszystkiego do „nie umiesz jeździć, to siedź na d*pie”. Ad. 1 – jasne, przy spadku ciśnienia warto uważać. Ale nie jechałem jak w Need for Speed. Miałem realny powód do wyprzedzenia – nie prowokacja, nie pośpiech, tylko obawa, że zaraz będę zmuszony się zatrzymać awaryjnie w miejscu bez pobocza, w szczerym polu, coś mi się tam dzieje z tymi oponami. Oceniłem, że lepiej wyprzedzić i zjechać na stację. Źle oceniłem – i poniosłem konsekwencje. Ale to nie była brawura, tylko kalkulacja w sytuacji podwyższonego stresu. Ad. 2 – tu się różnimy. Moim zdaniem są miejsca, które formalnie mają oznaczenie zabudowanego, a realnie z zabudowanym nie mają wiele wspólnego. Ale jasne – według litery prawa masz rację. Ja natomiast wskazuję, że litera i duch prawa czasem idą w różnych kierunkach. Ad. 3 – przy tej logice cała Polska powinna być objęta ograniczeniem do 30 km/h. „Bo może gdzieś pijaczek”, „bo może ktoś wyjdzie z pola”. Oczywiście – trzeba uważać, ale absurdalne byłoby też przerzucanie 100% odpowiedzialności na kierowców przy braku logiki w projektowaniu ograniczeń. Ja nie mówię: „wolna amerykanka” – ja mówię: realnie oceniajmy miejsca i zachowania. Ad. 4 – dokładnie. W wielu krajach niektóre odcinki wyjęte spod „zabudowanego” mają wyższy limit, jeżeli ich charakter na to pozwala. I o to mi chodzi – żeby nie brać każdej tabliczki jako boskiego objawienia, tylko analizować, gdzie są błędy systemowe. Ad. 5 – no tak. Policja robi swoje. Ale to nie znaczy, że nie wolno wskazać sytuacji, w których system premiuje polowanie zamiast profilaktyki. Na koniec: ja nie „psioczę”, tylko analizuję. To różnica. Popełniłem wykroczenie – tak. Ale chyba mamy prawo przy okazji rozmawiać o tym, jak można by poprawiać przepisy, oznakowanie i egzekwowanie, żeby służyło nie tylko statystyce? Pozdrawiam.
  8. OK, źle się wyraziłem. Mój błąd. W tym miejscu jest, oczywiście, to co widać. Zresztą, wydaje mi się, że sam o tym fakcie wspomniałem w pierwszym poście. Bo ja istnienia oznakowania nie negowałem. Chodziło mi o coś nieco innego. Jechałem od strony numeru 2, czyli od ul. Wojska Polskiego, i faktycznie: znak "teren zabudowany" oczywiście tam stoi. Po jego minięciu za ok. 200 metrów chyba jest rondo, a zjeżdżając w 292 kierowca wjeżdża w długi odcinek otwartego pola, bez jakiejkolwiek zabudowy, bez chodników, bez przejść, bez żadnych szczególnych przesłanek „miejskich”. W moim przekonaniu to przykład oznakowania rozjechanego z rzeczywistością: formalnie się zgadza, ale realnie nie ma żadnych sygnałów terenowych, że poruszamy się w zabudowanym. Dlatego napisałem, że oznakowanie jest "nieczytelne" – nie chodziło mi o to, że znaku nie widziałem albo że jest schowany w krzakach. Tylko że jego treść jest sprzeczna z tym, co kierowca realnie widzi przed sobą. I dlatego moim zdaniem ten odcinek to idealny przykład miejsca, gdzie przepis jest, ale nie wiem, czy adekwatny. Sformułowania użyłem niefortunnego, ok. Moje pytania zasadniczo brzmiały: 1. czy się zgadzacie z moją opinią o klasyfikacji tej drogi jako terenu zabudowanego; 2. czy uważacie, że sankcja jest proporcjonalna do wykroczenia i okoliczności. Część wypowiadających się nie odpowiadała na te pytania, za to robiła mało eleganckie uwagi personalne i bardziej niż sytuację próbowała chyba oceniać mnie jako osobę, ale ***** ***. Ja Cię nie nazwałem ani frajerem, ani głupim, ani w żaden podobny sposób. Nie mam problemu z tym, że dostałem karę. Pisałem już z 2-3 razy wcześnie - opisałem sytuację, bo: uważam, że miejsce warte jest pokazania – jako przykład dyskusyjnego oznakowania i egzekwowania przepisów, być może ta sytuacja da komuś do myślenia i będzie jeździć w takich miejscach uważniej niż ja; chciałem porównać opinie odnośnie przepisów dot. tego rodzaju terenu. To, że Ty zawsze jeździsz ostrożnie i zgodnie z przepisami – szacun. Ale też nie uważam, że każdy, kto nie zdążył zwolnić albo komu TPMS zaczyna pikać w złym momencie, to od razu idiota czy pirat. Ja do tego incydentu nie dostałem mandatu przez kilkanaście lat, a w całej mojej historii to jest drugi w "kolekcji" - pierwszy dostałem za wyjazd z wioski z prędkością 52 km/godz. przy ograniczeniu do 40, kiedy może jakieś 200 metrów za wcześnie przyspieszyłem i radar zdjął mnie wstecznie. I jasne – możesz ten post uznać za zbędny. Ale może dla kogoś innego, kto tu zajrzy, będzie to impuls do jakichś przemyśleń. Może ktoś nie zrobi takiego błędu, jaki ja popełniłem. I tak dalej. Bo nie każda reakcja musi być albo drętwą skruchą, albo świętym oburzeniem albo atakiem na autora.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.