Obejrzałem za radą niektórych Kolegów W CAŁOŚCI mecze: Pogoń Szczecin - Legia Warszawa oraz Górnika Łęczna - Arka Gdynia. Niestety, poza szyderstwem, a, w najlepszym razie, pełną wisielczego sarkazmu zgryźliwością na ogromnym poziomie ogólności, nie jestem w stanie (no, cóż, muszę to przyznać - po prostu nie potrafię) powiedzieć nic konstruktywnego na temat tych spotkań. Nawet pomimo tego, że w obu zastosowano wiele niekonwencjonalnych rozwiązań taktycznych (w takim sensie, że nie widziałem ich w żadnym z kilkuset obejrzanych na przestrzeni ostatnich lat meczów lig niemieckiej, angielskiej, włoskiej, hiszpańskiej, czy francuskiej) - takich, jak chociażby atak pospolitego ruszenia sześciu zawodników na jednego przeciwnika wyraźnie potykającego się o piłkę, czy też pad podłokciowo-przedramienny po delikatnym muśnięciu przeciwnika w celu zdobycia rzutu karnego (wykonany perfekcyjnie). W zakresie indywidualnego wyszkolenia technicznego, sądząc przynajmniej na podstawie ww. dwóch meczów, Ekstraklasa wciąż stanowi niedościgniony wzór komizmu w stylu starego, dobrego Groucho Marxa. Ostatecznym natomiast dowodem na to, że to nie przelewki, ale sport dla prawdziwych, twardych mężczyzn, stanowił widoczny na zbliżeniach, pełen tołstojowskiej dramaturgii widok przekrwionych oczu niektórych piłkarzy o dźwięcznie brzmiących nazwiskach, pokazujący bez cienia wątpliwości nawet największym niedowiarkom, iż piłkarze polskiej ligi trenują bez wytchnienia, od rana do nocy i z powrotem.