Dzisiaj nieoczekiwany sprint z parkingu koło biedry. Żonka przyuważyłazłodzieja a z jakimiś zabawkami, po chwili wyszedł za nim bezradny ochroniarz. No to sprint i mówię do ochroniarza, dawaj,dawaj. Złodziej był daleko, ale czułem, że z zaskoczenia mam szansę go dojść, i już dystans spadał. Wbiegł za róg pobliskiego kościoła. Zniknął. Mówię wiec do ochroniarza, że bierzemy go na pokład auta i robimy penetrację za łachmytą, ale gtrzecznie podziękował, nie mógł opuścić sklepu. Pojeździłem z żonką i synem z pół godziny po osiedlu bardziej dla uspokojeni sumienia. A teraz siedzę z obolałą kostką, o której zapomniałem, że kilka dni temu ją nadwyrężyłem. Na szczęście płuc nie wyplułem, więc bieganie jednak daje jakieś zkromne przynajmniej efekty.