-
Liczba zawartości
224 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
Typ zawartości
Forum
Profile
Galeria
Kalendarz
Blogi
Sklep
Zawartość dodana przez McIntosh
-
Zatęskniłem ostatnio za rockowym obliczem Metalliki, więc dziś posłuchałem płyt "Load" i "ReLoad". Muszę przyznać, że wyjątkowo dobrze zestarzały się te wydawnictwa.
-
Klub Miłośników Zegarków Audemars Piguet
McIntosh odpowiedział Matt2405 → na temat → ZEGARKI SZWAJCARSKIE i NIEMIECKIE
Ja już się wyleczyłem z przekonania, że cena jest gwarancją czegokolwiek. Niestety żyjemy w czasach jakości, którą rządzi loteryjność. Patek, Vacheron, AP, Breguet... Bez znaczenia. Zawsze biorę pod uwagę wady wykonania. Co gorsze, te gnioty często mieszczą się w przyjętym marginesie błędu, który uchodzi w produkcie dopuszczonym do sprzedaży. Ile to już było spapranych powierzchni tarcz, nierówno położonych indeksów, źle wykończonych wskazówek, o mechanizmach nie wspominając. Zresztą ten problem nie dotyczy tylko zegarków. Życie. -
Dziś u mnie Glenn Gould i płyta, która równie dobrze pasowałaby do wątku traktującego o jazzie. Poniżej moje Instagramowe wynurzenia. Dawno nie było nic z muzyki klasycznej, więc czas to nadrobić. Dziś do posłuchania wybrałem dzieło jednego z moich ulubionych wirtuozów fortepianu, a rzecz dotyczy „Wariacji Goldbergowskich” w wykonaniu Glenna Goulda. Mam to wydawnictwo w dwóch wersjach - na winylu zawierającym materiał zarejestrowany oryginalnie w 1955 r., jaki stanowił płytowy debiut Goulda oraz na japońskim CD wydanym w wersji miniLP obejmującej nagrania z 1981 r. Do dziś wśród melomanów trwają spory o to, która z odmian jest lepsza, lecz ja skoncentruję się na muzyce. „Wariacje Goldbergowskie” pierwotnie zostały skomponowane przez Jana Sebastiana Bacha w 1741 r. jako „lekarstwo na sen” hrabiego Hermana Karla von Keyserlinga. Kompozycje te charakteryzuje oszczędność zapisu partytury pozostawiająca dużą przestrzeń do swobodnej interpretacji dzieła. Warto zaznaczyć, że Bach zasłynął jako mistrz polifonii, a więc nie obcy był jemu kontrapunkt. Sięgał też po improwizację czym narażał się na krytykę. Twierdzono wówczas, iż jego dzieła są przydługie i nadmiernie skomplikowane, a tendencję do takiego traktowania swojej muzyki przejawiał już jako nastolatek. Czy dostrzegacie analogię? Polifonia oraz improwizacja to składowe muzyki jazzowej, którą bardzo lubię i właśnie dlatego „Wariacje Goldbergowskie” Glenna Goulda cenię szczególnie. Poza tym, w jego zachowaniu oraz podejściu do muzyki dostrzegam punkty zbieżne z poczynaniami Billa Evansa. Gould, podobnie jak Evans, był perfekcjonistą stawiającym wirtuozerię gry wysoko w hierarchii swoich muzycznych priorytetów. Gould, tak jak Evans, nie przepadał za występami publicznymi, z których zresztą dość szybko zrezygnował koncentrując się na pracy w studiu nagraniowym. Obaj pianiści mieli zamiłowanie do improwizacji, jednakże w przypadku Evansa, jako muzyka jazzowego, było to pożądane. Natomiast Gould był pianistą grającym muzykę poważną, a tu zbyt swobodna interpretacja zapisu nutowego już nie była w cenie, co odczuł 6 kwietnia 1962 r. podczas występu w Nowym Jorku. Wówczas został skrytykowany przez Leonarda Bernsteina za zbyt swobodną interpretację kompozycji Brahmsa. Obecnie Gould jest legendą, a ten „nieznośny” indywidualizm uczynił ze mnie jego fana.
- 115 odpowiedzi
-
1
-
- muzyka klasyczna
- barok
- (i 8 więcej)
-
Jakie hobby poza zegarkami..., inne nasze pasje
McIntosh odpowiedział Robnyc → na temat → PO GODZINACH
Moje hobby poza zegarkami to przede wszystkim muzyka i audiofilska jakość jej odtwarzania, kolekcjonowanie płyt (winyle + CD/SACD szczególnie japońskie wydania miniLP), sprzęt audio. Poza tym, jestem kibicem FC Barcelona i pasjonuje mnie też futbol amerykański. Lubię czytać książki. -
Miejskie legendy. [emoji846] Wysłane z iPhone za pomocą Tapatalk
-
Myślisz, że to jazz? 🙂 Dawno nie słuchałem "Time Out", ale zapamiętałem tę płytę jako przepełnioną ładnymi liniami melodycznymi i nietypowymi podziałami rytmicznymi. Poza tym, w warstwie muzycznej to taki trochę pop-jazz, moim zdaniem. Entuzjasta twórczości Ornette'a Colemana padłby chyba z nudów. 😉 Tu oczywiście przerysowałem. Osobiście lubię twórczość Brubecka aczkolwiek wszystko, co najlepsze w muzyce jazzowej, jest udziałem innych artystów.
-
No i pięknie, gratuluję. 🙂 Słuchanie muzyki z płyt tworzy zupełnie inną kulturę wnikania w to, co artysta chciał przekazać. Słuchasz dzieła od początku do końca, zwracasz uwagę na poligrafię, poznajesz szczegóły związane z wydawnictwami, a więc poszerzasz też swoją wiedzę i to jest świetne. Mnie co prawda bliżej do "cyfry" niż do "analogu", lecz nie lekceważę jakości wydania, dlatego najczęściej poszukuję i kupuję wersje w formacie miniLP czyli mam to samo, co w przypadku winylu tylko dostosowane do wielkości nośnika CD. Oczywiście winyle też mam. Piękna pasja tylko kosztowna zwłaszcza jeżeli przywiązujesz wagę do jakości dźwięku, ale za to jaki relaks i radość ze słuchania muzy. 😀 Od razu życie płynie przyjemniej. 👍👌
-
Te kolorowe obudowy od razu skojarzyły mi się ze wzmacniaczem Audio Research I/50.
-
Muzyka Ozzy'ego to zawsze dobry wybór na każdą porę roku. A tymczasem u mnie taka sytuacja... I moje Instagramowe wynurzenia. 🙂 Głośno ostatnio zrobiło się o Linkin Park za sprawą reaktywacji zespołu, lecz moje odczucia związane z tym faktem są ambiwalentne. Z jednej strony cieszy mnie powrót kalifornijskiej kapeli, a z drugiem zastanawiam się, czy grupa utrzyma dawną aurę wyjątkowości kreowaną w dużym stopniu przez wokal Chestera Benningtona. Obecna sytuacja przypomina mi tę dotyczącą powrotu Alice In Chains na scenę, gdzie dobitnie udowodniono, iż powiedzenie „nie ma ludzi niezastąpionych” można włożyć między bajki. Layne Staley robił ogromną różnicę i tej wyrwy William DuVall nie potrafi wypełnić. Linkin Park natomiast wracają z nową wokalistką Dead Sara czyli Emily Armstrong i choć dziewczyna robi, co może, to drugiego Chestera z niej raczej nie będzie. Liczby wyświetleń nowych materiałów Linkin Park na YouTube świadczą jednak o tym, że zapotrzebowanie na zespół jest ogromne. Kalifornijczycy zaczęli z grubej rury od razu anonsując premierowy album, a teledysk promujący nową płytę zgromadził dotychczas niemalże 37 milionów wyświetleń. Ta atmosfera także i mnie się udzieliła, więc postanowiłem wrócić do drugiego albumu kapeli pt. „Meteora”. Wziąłem z półki japońskie wydanie (WPCR-11440), które na liczniku ma już 21 lat i muszę przyznać, iż fajnie było posłuchać tej płyty zwłaszcza, że stawiam ją w jednym rzędzie z „Nevermind” Nirvany, „Dirt” Alice In Chains, „Ten” Pearl Jam oraz z innymi wydawnictwami o typowo singlowym charakterze. „Meteora” to dzieło wypełnione po brzegi hiciorami, z którego dowolny kawałek mógłby robić za singiel promujący album bez utraty jakości. Czasem wręcz ma się wrażenie, iż za dużo tej dobroci, a odczucie przesytu powoduje zagęszczenie utworów, które są krótkie i treściwe. Album zawiera 13 kompozycji trwających w sumie niewiele ponad 36 minut. Linkin Park to estetyka stanowiąca mieszankę metalu, rapcore oraz rocka, gdzie rapowane partie Mike’a Shinody znakomicie równoważy śpiewny wokal Chestera. Świetne są też teksty opowiadające o toksycznej miłości i poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. Jest mrocznie, a całość wzmacnia warstwa muzyczna oparta o mocne gitarowe riffy, w które wtłoczono skreczowanie oraz dźwiękowy plankton wzbogacający całość. Jest moc. 🔥
-
Jest moc i do tego z fizycznych nośników. 👍 Brawo.
-
Uważaj ziomek, bo jeszcze po takim wpisie zbiegną się tu dzielni wojownicy walczący z audio voodoo, żeby udowodnić Ci, że sam się zasugerowałeś i nie słyszysz tego, co słyszysz. 😀 Gratuluję zakupu. 👍😀
-
30 września - dziś mija 10 lat od daty premiery płyty pt. "Blood Mantra" na rynku amerykańskim. Z tej okazji postanowiłem wrócić do wydawnictwa Decapitated i muszę przyznać, że nawet gdyby ten album pojawił się dzisiaj, to zrobiłby na mnie równie świetne wrażenie, co dekadę temu. Muzyka "Decapów" nadal brzmi świeżo i dobrze się tego słucha. 👍
-
Sugerowałem Ci sprzęt Technicsa... 🙂 Słuchałem SU-G700M2 i gra więcej niż dobrze, a ceną nie zabija. Gorzej wypada wzmacniacz słuchawkowy, ale jeżeli najczęściej słuchasz muzy z kolumn, to może taki kompromis byłby do zaakceptowania. W każdym razie gratuluję Ci zakupu, niech cieszy oczy i uszy, i daje dużo radości. 🙂 A tymczasem, co do wyborów, to tu mamy przykład instalacji "estradowych" JBLi w domu klienta. Znam dźwięk monobloków 901 bardzo dobrze i to nie jest optymalne zestawienie. Można było znacznie lepiej wykorzystać ich potencjał. 🙂
-
Oczywiście to jest kwestia indywidualnego odbioru. Dla mnie podstawowe Suby nadal są jakieś takie... małe. Podobnie zresztą, jak Explorer. Dopiero Yacht-Master 42 to jest to. Kwestia gustu aczkolwiek ogólnie Rolex to nie mój klimat. Wolę JLC Polaris Automatic.
-
Tak, ale Daytona, o której piszesz, została wprowadzona do oferty w 2023 r., a ja na brak przeszklonych dekli marudziłem wiele lat temu. Oczywiście pamiętam o starej kolekcji Cellini Prince, lecz to wiele nie zmienia w kwestii mojego marudzenia. Rolex się zmienia - powoli, ewolucyjnie, ale widać, że chodzi im o coś więcej niż tylko robienie tzw. wołów roboczych. I dobrze. 🙂
-
U mnie dzisiaj gra Led Zeppelin, a że data jest szczególna, to walnąłem post na Insta. I trochę moich wynurzeń. 🙂 27 września - tego dnia 56 lat temu grupa Led Zeppelin weszła do studia Olympic 1, by zarejestrować materiał na pierwszą płytę. Tak zaczęła się muzyczna podróż jednej z najbardziej wpływowych kapel w historii rocka. Wcześniej jednak Jimmy Page był rozpoznawalnym i błyskotliwym gitarzystą sesyjnym, lecz znudziła go praca na rzecz innych. Chciał zaistnieć na kartach rocka w bardziej okazały sposób. Wszedł więc w skład grupy The Yardbirds cieszącej się już sporą rozpoznawalnością w Wielkiej Brytanii. Tam przez chwilę grał na basie, gdyż rolę gitarzysty i lidera pełnił Jeff Beck. Pomiędzy muzykami dochodziło do nieporozumień, więc skład opuścił Beck, a Page przejął rolę gitarzysty. Erozja grupy postępowała dalej, lecz zdeterminowany Page nie składał broni i na gruzach The Yardbirds postanowił utworzyć New Yardbirds. W roli wokalisty widział Terry Reida - wschodzącą gwiazdę pop. Ten jednak odrzucił ofertę, ale poznał Page’a z frontmanem The Band Of Joy - Robertem Plantem. Wcześniej Page wziął udział w sesji nagraniowej na solową płytę Becka, w której uczestniczył też perkusista The Who - Keith Moon. Page namawiał Moona do połączenia sił w ramach nowego składu i choć Moon był początkowo zainteresowany, to ostatecznie nic z tego nie wyszło. Powiedział on wówczas, że odchodząc z The Who spadnie na ziemię niczym ołowiany Zeppelin i tak niechcący stał się pomysłodawcą przyszłej nazwy zespołu czyli Led Zeppelin. Jimmy Page wciąż nie miał perkusisty, ale dobrym kumplem Planta był John Bonham zwany Bonzo, jaki po licznych namowach i prośbach przyłączył się w końcu do tandemu Page - Plant. Ostatni element układanki stanowił John Paul Jones będący basistą sesyjnym, który m.in. udzielał się w studiu w wybranych kawałach The Yardbirds, stąd znał Page’a. W takim składzie 19 sierpnia 1968 r. kwartet odbył pierwszą próbę. Bonzo napieprzał w perkusję, jak powalony zagłuszając cały zespół. Siłą rzeczy Page musiał zintensyfikować dźwięk gitary, żeby się przebić. Plant dysponował petardą w głosie, więc się w tym wszystkim dobrze odnalazł. Zespół zabrzmiał siarczyście, potężnie i w taki oto sposób Led Zeppelin zaczęli przecierać szlaki hard rocka, a dziś będą moją ucztą melomana. [bonus] Dorzucę jeszcze trochę ciekawostek. Wspomniałem, że Plant i Bonzo byli dobrymi kumplami. Znali się ze wspólnego grania w The Band Of Joy. Można więc uznać, że Led Zeppelin powstał w wyniku połączenia sił The Band Of Joy z muzykami o rodowodzie studyjnym. A skoro o sesyjnych „mowa”, to warto nawiązać do Johna Paula Jonesa. Ten był nie tylko uzdolnionym basistą, ale też klawiszowcem, aranżerem oraz producentem muzycznym, więc stanowił istotne wzmocnienie Led Zeppelin. To on skomponował partie orkiestrowe na płytę Stonesów pt. „Their Satanic Majesties Request”. Współpracował również m.in. z Cliffem Richardem, Tomem Jonesem, ale wróćmy do Zeppelinów. Pierwsza ich płyta została nagrana na ośmiu śladach w ciągu 30 godzin, co kosztowało zespół w sumie 1782 funty przy czym kwota ta uwzględniała także projekt okładki. Po premierze albumu kapelę oskarżano o plagiat. Jimmy Page zbyt intensywnie korzystał bowiem ze swoich doświadczeń ze współpracy z innymi muzykami, czerpał też pełnymi garściami z muzyki ludowej nawiązując do ponadczasowych piosenek, co wykreowało trochę podobieństw. Nikt jednak nie miał takiej petardy w muzie, jak Led Zeppelin. Na Jedynce mamy mieszankę siarczystego rocka, nieistniejącego jeszcze punk rocka, bluesa, folku. Iście to piorunujące zestawienie, które zainspirowało wiele pokoleń muzyków, a lista jest imponująca. Black Sabbath, Queen, Metallica, Tool, Alice In Chains, Pearl Jam, Nirvana, Lenny Kravitz, Guns N’ Roses - to zaledwie kilka przykładów, ale jakże znaczących. Wspomnę jeszcze Gretę Van Fleet, gdzie inspiracja Zeppelinami jest wręcz uderzająca, choć można by też wskazać na Soundgarden, Dream Theater, The White Stripes itd. Osobiście uwielbiam Led Zeppelin za kawał genialnej muzy. Poza tym, to kamień milowy rocka o znaczeniu nie mniejszym niż Elvis Presley, The Beatles czy The Rolling Stones.
-
Klub Miłośników Zegarków Audemars Piguet
McIntosh odpowiedział Matt2405 → na temat → ZEGARKI SZWAJCARSKIE i NIEMIECKIE
Średnica koperty zegarka to tylko zapis liczbowy. Ważniejszy jest kształt nadgarstka i to, jak zegarek prezentuje się optycznie. Moim zdaniem, kluczowe są proporcje: szerokość lunety / średnica tarczy / długość uszu. Im większa tarcza, a luneta koperty węższa, tym zegarek wydaje się optycznie większy. Tak wynika z moich doświadczeń . Na przykład Breguet Marine Ref. 5817ST od początku wydawał mi się trochę za małym zegarkiem, a miał średnicę koperty wynoszącą 39 mm. Podobnie miałem z IWC Mark XVI - 39 mm średnicy koperty i identyczne wrażenia. Z kolei Patek Philippe Calatrava Ref. 5296R-001 w ogóle mi nie przeszkadzał w tym kontekście, a miał 38 mm średnicy koperty. Audemars Piguet Royal Oak Ref 15300ST o średnicy 39 mm też wyglądał super, ale tu udana integracja koperty z bransoletą robiła różnicę. -
Ten stereotyp ma szerszy kontekst uknuty przez prawdziwych, rasowych amerykańskich audiofilów. 😉 Otóż prawdziwi audiofile z USA uważają, że McIntosh to żaden hi-end. To sprzęt, który tylko ładnie wygląda, ale nic nie gra. Sprzęt McIntosha (w ich opinii) kupują dyletanci, którzy nie mają żadnego pojęcia o muzyce, a ładny dźwięk mają gdzieś. Tu chodzi tylko o to, żeby popisać się przed znajomymi, że czegoś tam w ogóle się słucha. Od razu namierzono lekarzy i prawników kupujących to gówno produkowane we "wsi" Binghamton pod Nowym Jorkiem. Prawdziwy amerykański audiofil słucha muzyki na sprzęcie D'Agostino, Boulder, Wilson Audio, Magico. No jak kogoś nie stać, to od biedy może ewentualnie kupić coś od Passa, Audio Research czy Marka Levinsona jako "entry level" prawdziwego audiofila, ale nie McIntosha. 😀 Ci bardziej empatyczni, ale wciąż prawdziwi audiofile z USA cisną trochę mniej i twierdzą, że McIntosh to bardziej sprzęt dla melomana niż audiofila, co ja odbieram jako komplement w kontekście moich wyborów audio. W każdym razie takie to opinie w USA sobie krążą, co mnie zawsze niezmiennie śmieszy. 😀
-
😀 Rozumiem, kwestia gustu. A dźwięk? Podoba Ci się sygnatura MBL'a?
-
Dziś u mnie jazzowa klasyka i album Johna Coltrane'a pt. "Blue Train". Powyższą fotę zrobiłem na mój Instagram, a że daję też opis do zdjęcia, to wrzucę tekst również tutaj, żebyście mogli sobie poczytać jeżeli ktoś jest zainteresowany. Oczywiście tekst jest krótki, bo Instagram nie pozwala na więcej niż 2200 znaków razem ze spacjami. 🙂 Dziś postanowiłem sięgnąć po dzieło Johna Coltrane’a pt. „Blue Train”, co niemalże zbiega się czasowo z datą realizacji albumu. Nagrania bowiem zaistniały 15 września 1957 r. w studiu Rudy'ego Van Geldera w Hackensack. Jakiś czas temu dzieliłem się z Wami wrażeniami z odsłuchu płyt Milesa Davisa zarejestrowanymi dla Prestige. Pisałem wówczas, że w kwintecie nie działo się najlepiej między innymi za sprawą Coltrane’a, który często bywał pod wpływem heroiny i alkoholu. Przychodził naćpany na próby, grał koncerty na haju z różnym skutkiem, aż w końcu Miles nie wytrzymał i wyrzucił go ze składu. Towarzyszem jego „śnieżnej” podróży był Philly Joe Jones, który również został przez Milesa wyrzucony. Po tym zdarzeniu, „Trane” udał się do domu matki w Filadelfii, by tam podjąć próbę wyjścia z nałogów - skuteczną. Następnie wrócił do Nowego Jorku, gdzie wspierał Theloniousa Monka podczas koncertów w Five Spot Café po czym skompletował własny zespół w składzie: Lee Morgan (trąbka), Curtis Fuller (puzon), Kenny Drew (fortepian), Paul Chambers (bas) oraz Philly Joe Jones (perkusja). Z taką ekipą zarejestrował znakomitą płytę pt. „Blue Train”, która obecnie jest jazzowym klasykiem. Stanowi ona błyskotliwy miks jazzu modalnego i hard bopu. Z jednej strony jest nastrojowo, melodyjnie, przystępnie, a z drugiej słychać żywiołowość, ekspresję oraz zalążki tego, co później zostało twórczo rozwinięte na kolejnych wydawnictwach, by swoje apogeum osiągnąć na albumie „A Love Supreme” zarejestrowanym 9 grudnia 60 lat temu. Dzieło pt. „Blue Train” ma oblicze bluesowe, liryczne z przeciwwagą idącą w kierunku eksperymentów harmonicznych oraz skomplikowanych improwizacji. Jednocześnie Coltrane zachował w tym wszystkim dobry smak i równowagę zaklętą w pięciu kompozycjach, jakie zasiliły płytę. Całość brzmi wybornie i nie jest sztuką jednego aktora. „Trane” zostawił sporo przestrzeni do tego, aby każdy z muzyków mógł się wykazać swoim niewątpliwym talentem oraz błyskotliwością. „Blue Train” stanowi sumę muzycznych doświadczeń Coltrane’a zebranych w czasach spędzonych z Milesem Davisem, Charlie Parkerem, Dizzy Gillespie połączonych z jego własną kreatywnością. Lepszej rekomendacji nie trzeba.
-
Dorzucę jeszcze mojego ulubionego Maka w zestawieniu z Sonus Faberem... https://www.youtube.com/watch?v=yMRRtabjN4w ... i z B&W. https://www.youtube.com/watch?v=2A_AuuPJ34c I jeszcze trochę cyfry. https://www.youtube.com/watch?v=gEO5nq8PexU Miłej niedzieli. 👍🙂
-
@Sierżant Julian, gratuluję szczególnie Lebena. Porządny dźwięk z lampy. 👍 @Osmodeusz, @Burns, dzięki. 👍 Myślę, że każdy z nas pozostanie przy swoim zdaniu aczkolwiek to trochę kuriozalne, że w XXI wieku pojawia się spór analog vs cyfra. Swoje napisałem, więc teraz pokażę. Tu mamy tor w całości analogowy złożony z gratów firmy Einstein Audio. Drogi sprzęt, więc w teorii powinien grać wyśmienicie, ale trudno jest przeskoczyć ograniczenia technologiczne. https://www.youtube.com/watch?v=yKvr2OIMOjw https://www.youtube.com/watch?v=y39SZs7oiHc A oto "straszna" cyfra. Zestaw MBL & Vitus Audio. https://www.youtube.com/watch?v=DFYrR3Jf0Wk&t=1030s
-
Życzę Ci tego. 🙂 Oby tylko w moje ulubione modele nie wchodzili ze średnicą koperty poniżej 40 mm, a z grubością zostali poniżej 12 mm. 👍 A tak poza tym, trzeba przyznać, że jakość wykonania robi różnicę. Ja jestem marudny w kontekście jakości wykonania i zawsze coś wypatrzę, jakiś defekt, który godzi w moje poczucie estetyki. A w Grand Seiko nie ma się do czego przyczepić w tych zegarkach, które widziałem na żywo. Bransoleta, koperta, tarcza, indeksy, wskazówki - perfekcyjne wykonanie. Mechanizmy też bardzo dobrze wykończone, szczególnie te kalibry, które wymieniłem wyżej. No i konstrukcja werków to również kawał porządnego zegarmistrzostwa, a i cena do wytrzymania. Czego chcieć więcej? 🙂
-
Mam sporo hybrydowych płyt od Mobile Fidelity, Analogue Productions i jakoś tak się składa, że zawsze warstwa SACD brzmi lepiej niż CD pomimo, że CD brzmi bardzo dobrze, lecz to zasługa masteringu i po części warstwy odbijającej światło wykonanej ze złota. A ja podczas pisania tego posta słucham "Blue Train" w wydaniu Analogue Productions. Na uszach McIntosh, po drugiej stronie kabla McIntosh, a dalej ATC z warstwy CD, a później włączę sobie ułomny winyl. Możemy sobie pisać kto z czego słucha, a jakiś właściciel zestawu dCS / Vitus obu nas wyśmieje. 😀😉 Jeżeli zastanawiasz się, czy jest sens pakownia się w ultra drogie graty, to umów się na odsłuch, a sam się przekonasz. To jest inny świat doznań muzycznych i czego byśmy tutaj nie wypisywali, to rzeczywistości nie oszukamy. Taka prawda. Wiem, bo nasłuchałem się w swoim życiu trochę zestawów audio w cenie od kilkuset tysięcy do miliona zł i to jest dopiero prawdziwy hi-end. Aczkolwiek ja ze swojego Maka też jestem bardzo zadowolony i zmieniać tego nie zamierzam. Skoro szukasz analogii zegarkowych, to mój Mak to właśnie takie Grand Seiko Evolution 9. Swoją drogą świetne zegarki zwłaszcza na werkach 9SA4 / 9SA5 / 9SC5.
-
Spoko, nie mam z tym problemu. 🙂 Chciałbym jednak zwrócić uwagę na to, iż próbujemy rozkminić, co jest marketingową ściemą mierząc się z kompetencjami poważnych firm audio. Pierwszy lepszy inżynier z Esoterica, Accuphase, dCS czy McIntosha, rozjechałby nas swoją wiedzą. Ja nie czuję się na siłach, aby tu robić za wyrocznię, ale nie kupuję też argumentów Machlo, który sprowadził odtwarzacz CD do przetwornika c/a. Machlo właściwie zanegował podstawy, a tymczasem mógłbym podkręcić temat i dodać, że inżynierowie ATC twierdzą, że nawet wyświetlacz w "cedeku" wpływa finalnie na dźwięk, a to jest firma szanowana, której nikt nie posądza o audio voodoo. Poza tym, pogrzebałem trochę w recenzjach i na przykład o napędzie paskowym CEC recenzent napisał tak... Powyższy cytat pochodzi z recenzji opublikowanej w Audio Video. W sprawie analogu mamy to... Czyli parametry SACD za dobre i niepotrzebne, a zniekształcenia analogu okay, bo ucho ludzkie lubi, jak szumi i trzeszczy. No nie... Sugeruję posłuchać Kaprysów Paganiniego albo w ogóle muzyki klasycznej na jeden instrument. Cholery jasnej można dostać przy cichych pasażach i szumach powierzchniowych winyla, które standardowo są maskowane podbiciem góry. Oczywiście życzeniowo można uważać, co się chce. 🙂
