W zasadzie od początku było wiadomo, że nie będzie jednego filmu (jednej części), bo Villeneuve nie chciał popełnić błędu Lyncha. Lynch zdecydował się na zekranizowanie pierwszej księgi Kronik Diuny (czyli rzeczonej właśnie Diuny) i stworzenie jednego filmu i wyszło ...jak wyszło. Choć ja akurat mam spory sentyment do jego ekranizacji. Jest w niej bowiem coś, czego trochę brakuje mi w nowej Diunie, czyli przemyśleń Paula, których w filmie Lyncha jest całkiem sporo. Villeneuve jako fan prozy Herberta i tak zdawał sobie sprawę z tego, że trzeba będzie książkę trochę "wykastrować" z pewnych wątków. I taka "kastracja" ma miejsce, choć w mojej ocenie (piszę to jako ogromny fan Kronik Diuny), Villeneuve dał sobie z tym doskonale radę. Na prwno pod tym względem nowa Diuna jest dużo lepsza od tej Lyncha, bo tam chyba za dużo próbowano pokazać. Ale Villeneuve wiedział też, że sensownie, w tym zjadliwie dla odbiorcy (także w aspekcie tego, ile sam film miałby trwać), nie da się tego wszystkiego zrobić w jednym filmie i to był jeden z jego warunków. Oczywiście otwarte pozostaje pytanie o to, na ile decyzja o kręceniu drugiej części (jest już data jej premiery) warunkowana była wynikami box office, a na ile to po prostu był czysty marketing, podyktowany chęcią przyciągnięcie do kin jak największej grupy odbiorców, bo i tak miała być ona kręcona?
Z perspektywy czasu jest tak, że film pozostawia ...pewien niedosyt. Nie dlatego, że czegoś mu brakuje. Jest klimat, monumentalne zdjęcia, wspaniała muzyka i coś, co mi akurat w kinie Villeneuva, tym gatunkowym (np. Nowy początek) bardzo odpowiada; niespieszność... Jednak ten film to po prostu zapowiedź, wstęp, bo końcówka jest jak cięcie siekierą, a wszystko, co a Diunie najważniejsze, jest dopiero przed nami 😉 Tylko stąd ten niedosyt, choć przyznaję, obietnica jest zachęcająca 😁