W San Francisco sobie trochę poprzymierzałem w zeszłym tygodniu. Najpierw odwiedziłem Torneau na Market St, gdzie od ilości zegarków można dostać oczopląsu, siedziałem tam ponad godzinę, a przymierzałem: - IWC portugalczyka na Ecie - całkiem nieźle się układał na moim małym nadgarstku - JLC Master Moon Phase - piękny zegarek do garnituru, chociaż zbladł w świetle moich późniejszych oględzin - Zenith Espada - nie zrobił na mnie wrażenia - Tudor fastrider - ten najdłużej został na moim nadgarstku, szczególnie z beżowymi indeksami na alkantarze przypadł mi do gustu. Niestety na mój nadgarstek ten zegarek jest po prostu za duży... - Tag Heuer Carrera trzywskazówkowy w odświeżonej wersji - ten z szarą tarczą jest rewelacyjny, poprawili indeksy i dodatkowo tarcza ma piękny słoneczny szlif. Chyba wpiszę go na listę celów. - Ze 4 Rolexy (jest tam dla nich oddzielny butik) - jedynie zielony Millgaus pozostawił trochę emocji, DateJusty do mnie nie przemawiają, a nowy SD4000 mi nie leży, brakuje mi lupki, no i jest za gruby. A na koniec zostawiłem sobie perełkę, poszedłem do Tiffaniego na Union Square pooglądać Patki i ... wpadłem. Calatravę 5227 w białym złocie miałem na ręku z 15 minut, w pewnym momencie pewnie nawet bym go kupił, gdyby moja karta to udźwignęła Rewelacyjny rozmiar, piękna koperta, cudowny mechanizm z ciekawym sposobem jego prezentacji. Nawet prostota tarczy z przepięknie obrobionymi indeksami i wskazówkami mnie urzekła. Po prostu zegarek idealny... Tylko do czego ja bym go nosił, skoro garnitur zakładam kilkanaście razy w roku? Na koniec jeszcze odwiedziłem salon Grand Seiko, ale tu nie będę nic pisał, po prostu wszystkie ich modele tam wystawione mi się podobały. Ale po Patku to już nie to samo... Jedynie L&S nigdzie nie obejrzałem i żałuję, ale trzeba by jechać do San Jose, a to kawał drogi. Pozdrawiam Tomek