No właśnie o tym piszę. Korpo, szczególnie na początku transformacji, zassały młodych, inteligentnych i ambitnych ludzi i wcisnęły im bajkę, że są solą tej ziemi. Oczywiście, że w korpo mnóstwo ludzi ciężko pracuje ip., ale jak, pisałem, ogromna część stanowisk w korpo jest dokładnie tak samo niepotrzebna jak owych słynnych "nierobów" urzędników. A że korpo prywatne i niby za swoję płacą? No płacą, np. rekompensując sobie tę nadwyżkę niepotrzebnych stanowisk wyższymi cenami swoich usług czy produktów lub unikając płacenia podatków. Tylko jak to sobie wytłumaczyć, wracając po ciężkim dniu pracy w Mordorze do swojego grodzonego osiedla, że w sumie jestem tak samo niepotrzebny jak ktoś przekładający papiery w urzędzie w powiatowej Polsce? Kapitalizm jest bezlitosny w eksploracji zasobów ludzkich: jeśli tylko na takiej Ukrainie czy Białorusi kiedyś będzie spokojniej, bezpieczniej, mniejszy bajzel i poziom większy uczciwości, to natychmiast tam korpo się przeniesie i powie tysiącom Polaków bye, bye. Byly szef mojej firmy cały czas powtarzał, że musimy ciąć koszty. Ciąć, ciąć, ciąć. I zarabiał 150 razy więcej niż szeregowy pracownik (tak, 150). I dla mnie mógłby nawet 300, gdyby wciąż nie mówił, że na nic firmy nie stać, nic nie można itp. Ludzie premii latami nie dostawali, bo trzeba było ciąć koszty. Jak leciałem w delegację zagraniczną, to moja podróż zaczynała się w samolocie i kończyła w samolocie, za taxi płaciłem sam. Za to mój kolega, wykonujący tę samą prace co ja, tyle że z kraju inwestora, wszystko w koszty wliczał. O dziwo, w kraju skąd pochodził inwestor, już takich dysproporcji nie było, bo tam działały okropne, złe i straszne związki zawodowe, które choć trochę dbały o poziom zarobków pracowników i nie pozwalały brykać inwestorom jak w Polsce. No ale u nas jest wolność gospodarcza przecież.