Pamiętam ten dzień całkiem wyraźnie, choć minęło już wiele lat. W małym sklepie muzycznym we włoskim Treviso, specjalizującym się w BARDZO szeroko rozumianej muzyce "alternatywnej", przypadkiem trafiłem na (winylową, oczywiście) EP-kę "Hands All Over" w "special edition", z bonusem w postaci dodatkowych kawałków. W sumie to chyba najbardziej przyciągnęła moje oko nalepka z napisem: "Parental Discretion Is Advised - Explicit Lyrics!".
Nie wiedziałem wtedy, że ten zakup otworzy mi drzwi do jednego z najpotężniejszych głosów, jakie kiedykolwiek istniały w muzyce rockowej. Gdy puściłem płytę i rozległ się wokal Chrisa Cornella, poczułem, że ten głos nie tylko przenika – on wierci w człowieku, zostaje gdzieś naprawdę głęboko i nie daje zapomnieć. Był dziki, surowy, a jednocześnie boleśnie ludzki.
Zacząłem od „Hands All Over”, riffowego potwora z niemal biblijnym gniewem. A potem ten „Come Together” – zagrany z pazurem, ale bez cienia fałszywego heroizmu. To nie był hołd, to była transformacja. Od tej chwili wiedziałem, że chcę więcej. I więcej przyszło: „Rusty Cage”, „Black Hole Sun”, „Like a Stone”, „Hunger Strike”… I tak dalej... Jakiś czas potem, Cornell był już mainstreamową gwiazdą...
Z czasem Chris stał się dla mnie kimś więcej niż tylko wokalistą. Był głosem melancholii, złości, refleksji. Gdy śpiewał, miałem wrażenie, że zna wszystkie miejsca, w których byłem w sobie sam – nawet te, których nie umiałem jeszcze nazwać.
Jego odejście zabolało, jakby pękło coś osobistego. Jakby głos, który towarzyszył mi przez tyle lat, nagle zamilkł na zawsze. Ale wracam do niego. Czasem właśnie do tej pierwszej EP-ki. Do chwili, gdy jeszcze nic nie wiedziałem, a jednocześnie przeczuwałem, że w tym głosie jest coś, co zostanie ze mną na zawsze...
Niedawno, jak pewnie część z Was świetnie wie, minęła rocznica urodzin Cornella. 20 lipca skończyłby 61 lat...