Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

Lincoln Six Echo

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    18860
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    105

Zawartość dodana przez Lincoln Six Echo

  1. Złapałem się ostatnio na tym, że nawet jak słucham hip-hopu, to mam „uprzedzenia”... Beastie Boys, House of Pain, La Coka Nostra, Control Machete... sami nieafronormatywni... Jakby moja selekcja rapu przeszła przez filtr SPF 50. No ale co poradzę – chyba nawet boom bap wolę z domieszką laktozy niż melaniny.
  2. Nie jestem całkiem pewien, ale niewykluczone, że tytuł tego albumu jest wg mnie najzayebystczym z zayebystych w historii muzyki. A na pewno w moim TOP 3 tytułów. W lipcu '87 miałem trochę mniej niż 18 lat i już dobrze znałem Dead Can Dance – debiut i „Spleen and Ideal” krążyły, dzięki rodzince z RFN , między adapterem a kaseciakiem. 4AD to była dla mnie w ogóle właściwie osobna planeta – Cocteau Twins, This Mortal Coil, Xmal Deutschland… wiadomo. Więc na „Within the Realm of a Dying Sun” po prostu czekałem. Pierwszy raz usłyszałem go dzięki nieodżałowanemu Tomkowi Beksińskiemu. Potem, po paru miesiącach, zdobyłem winylowe wydanie. Wakacje. Lato. Do końca ogólniaka już bliżej niż dalej... Miałem za sobą "ostre przejścia" z Joy Division, Cure, Marillionem, ale też leciały u mnie Depeche Mode, Slayer, Metallica, The Police, Duran Duran – wszystko naraz. Był czas i na „Clairvoyant”, i na „Charlotte Sometimes”. Nie miałem jednego klimatu, tylko ciągłą potrzebę poznawania nowych rzeczy - a i mnóstwo starych było dla mnie zupełnie nowymi. No i ten album mnie zaczarował. Nie jakimś "efekciarstwem" – właśnie wręcz przeciwnie. Lisa Gerrard i Brendan Perry nie grali muzyki, oni jakby otwierali przejście do innego wymiaru. Cała ta płyta brzmiała jak msza dla świata po końcu świata. Nie było tam, rzecz jasna, „przebojów”, nie było refrenów, nie było rytmu, który można by łatwo wystukać palcem. Ale był "ładunek egzystencjalny"... Słuchałem tego najczęściej w nocy, przez słuchawki. To była płyta, której się nie puszczało znajomym - zatrzymywało się ją tylko dla siebie. Nie wiem, czy wtedy w pełni ją rozumiałem, ale czułem podskórnie, że to jest muzyka nie z "teraz", nie "na teraz", ale... może na zawsze..? Dziś mam 55 lat i wracam do niej od czasu do czasu. Bez wielkiej nostalgii. Bez dramatycznych sentymentów. Po drodze zbyt wiele się u mnie muzycznie zdarzyło i, w sumie, nadal dzieje. Wracam, bo ten album... po prostu dalej działa. Tak samo mocno. Tylko teraz już wiem, dlaczego. Wczoraj płyta Dead Can Dance "Within the Realm of a Dying Sun" skończyła 38 lat.
  3. Pamiętam ten dzień całkiem wyraźnie, choć minęło już wiele lat. W małym sklepie muzycznym we włoskim Treviso, specjalizującym się w BARDZO szeroko rozumianej muzyce "alternatywnej", przypadkiem trafiłem na (winylową, oczywiście) EP-kę "Hands All Over" w "special edition", z bonusem w postaci dodatkowych kawałków. W sumie to chyba najbardziej przyciągnęła moje oko nalepka z napisem: "Parental Discretion Is Advised - Explicit Lyrics!". Nie wiedziałem wtedy, że ten zakup otworzy mi drzwi do jednego z najpotężniejszych głosów, jakie kiedykolwiek istniały w muzyce rockowej. Gdy puściłem płytę i rozległ się wokal Chrisa Cornella, poczułem, że ten głos nie tylko przenika – on wierci w człowieku, zostaje gdzieś naprawdę głęboko i nie daje zapomnieć. Był dziki, surowy, a jednocześnie boleśnie ludzki. Zacząłem od „Hands All Over”, riffowego potwora z niemal biblijnym gniewem. A potem ten „Come Together” – zagrany z pazurem, ale bez cienia fałszywego heroizmu. To nie był hołd, to była transformacja. Od tej chwili wiedziałem, że chcę więcej. I więcej przyszło: „Rusty Cage”, „Black Hole Sun”, „Like a Stone”, „Hunger Strike”… I tak dalej... Jakiś czas potem, Cornell był już mainstreamową gwiazdą... Z czasem Chris stał się dla mnie kimś więcej niż tylko wokalistą. Był głosem melancholii, złości, refleksji. Gdy śpiewał, miałem wrażenie, że zna wszystkie miejsca, w których byłem w sobie sam – nawet te, których nie umiałem jeszcze nazwać. Jego odejście zabolało, jakby pękło coś osobistego. Jakby głos, który towarzyszył mi przez tyle lat, nagle zamilkł na zawsze. Ale wracam do niego. Czasem właśnie do tej pierwszej EP-ki. Do chwili, gdy jeszcze nic nie wiedziałem, a jednocześnie przeczuwałem, że w tym głosie jest coś, co zostanie ze mną na zawsze... Niedawno, jak pewnie część z Was świetnie wie, minęła rocznica urodzin Cornella. 20 lipca skończyłby 61 lat...
  4. White Lies przypomnieli mi, dlaczego ich lubię. A przy okazji odświeżyłem sobie parę starszych numerów.
  5. Nowy lewy obrońca AC MILAN. Może jednak odejście Theo nie będzie aż taką stratą..?
  6. Do tego cmentarza nie ma żadnego podejścia ani podjazdu od strony tamtej drogi (292) - trzeba przejechać spory kawalek i podjechać z zupelnie przeciwnej. Tam naprawdę nie ma żadnego ruchu pieszych. Ale to tak tylko. Co do zasuwania na stację "bo opony" - masz rację, teoretycznie przy ROF moglem spokojnie jechać i jeszcze sporo dlużej, ale... chcialem szybko sprawdzić, co się dzieje. Jak napisalem, podjąlem zlą decyzję. To prawda.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.