Auto prowadziło się dokładnie tak, jakby chciało się ewakuować z drogi. Kiera ciężko chodziła i szarpała na wybojach. Do tego ściągał raz w lewo a raz w prawo, zależy jak się założyło opony. Przyszła kolej na wymianę dwóch przednich górnych wahaczy, znaczy lewego i prawego. Gdy mechanik podczas wymiany tarcz i klocków ujrzał usterkę, to tak się przeraził, że wylądował w psychiatryku. Właśnie staramy się o jego ubezwłasnowolnienie. Niestety, zabrakło mi porządnych narzędzi, więc na dwa tygodnie przed robotą spryskałem wszystkie śruby WD 40, w efekcie czego dzisiaj obyło się bez zbędnych wulgaryzmów. Kolega z firmy z moją pomocą uporał się z robotą w godzinkę. Pomagałem mu, podawałem klucze i przytrzymywałem niektóre. Nawet z deka pobrudziłem ręce, by żonce pokazać, że też robiłem. Ale i tak umyłem przed dotknięciem kierownicy. Zegarek oczywiście a czas pracy pozostał w domku na mojej własnoręcznie wykonanej podkładce. Kilka fotek: