Mój pierwszy ,,motÓr", to była CZ350. Miałem z 18 lat. Nigdy wcześniej nie jechałem na żadnym motorze kierując sam. Jakoś wsiadłem, trochę się cykałem, ale po kilkdziesięciu minutach potrafiłem już bez najmniejszych problemów skręcać (prawko zrobiłem rok później). Autentycznie, na początku, nie wiedziałem jak to zrobić, na lotnisku trudno mi było się wyrobić na całej jego szerokości. To jednak nie rower był. Ależ to zapierd...ło. Zwłaszcza jak wbiło się dwójkę, i nabrało to obrotów. Naprawdę, taki knedel w postaci cześki sprawiał większe wrażenie wtedy, niż kilka lat później GSXR600 SRAD. Zapytałem kolegę jak to jest jechać 200 na godzinę, i usłyszałem: Spróbuj. Za drugim przejazdem na długiej prostej wskazówka dotknęła 230, i dalej szła jak głupia ale odpuściłem. Już mnie nie kręci szybka jazda, wolę przepisowo, i mniej paliwa idzie, i wiem, że do domu wrócę, zresztą sprawność już nie ta, znaczy SKS tak zwane :-) Ale jakieś dwa koła z potężnym momentem obrotowym to chętnie bym se kupił, np: GSX 1400, XJR1300, lub nawet marzenie z dzieciństwa HD Fat Boy. Nie pogardził bym też ładną CZ 350 czy Jawą 350 do remontu, docelowo z zapłonem VAPE bo bez tego to wał długo nie wytrzyma, ale to jak dorobię się garażu. A propo Knedli, zapraszam na forum, naprawdę warto, jeśli nie mamy wygórowanych wymagań, a od siebie potrafimy wymagać wiele: http://www.jawacz.pl/index.php A i jeszcze taka mała przygoda z lat 90, wysłałem list do Świata Motocykli, opublikowali, kilka lat temu znalazłem go w sieci, więc pozwólcie, że dodam go i tutaj: Kiedyś wpadłem na szalony pomysł, by zrobić tak, aby dwa tłoki Jawy pracowały razem. Z technicznego punktu widzenia nie było to trudne. Ukończyłem remont. Zdziwiłem się nieco, gdy aby odpalić motor musiałem wskakiwać na kopniak, podczas gdy kumple w swoich motorach (bez przeróbek) robili to lekkim depnięciem na kopniak. Może mi się tylko wydawało, ale osiągi Jawy nieco się chyba poprawiły, a zużycie paliwa było o wiele mniejsze (3l). Nikt nie wierzył, ze Jawa może tak mato wypić, natomiast każdy mówił, ze silnik długo nie wytrzyma (na początku mówili, ze w ogóle nie zapali). O ile nie wierzyli w niskie zużycie paliwa, o tyle mieli rację co do jego żywotności. Jak się zapewne domyślacie, największym problemem były niemiłosierne drgania. Śruby same się rozkręcały i na nic zdawały się podwójne podkładki sprężynowe. Z przodu umieściłem silnik na poduszce (ze skrzyni biegów �Malucha"), z tylu zostawiłem tylko górna śrubę. Nie było to łatwe, ale przynajmniej nie rozmazywały mi się cyfry na zegarach, a ręce nie zjeżdżały samoczynnie z kierownicy. Na początku było spoko. Lekko MZ-towski głos silnika, dość duża elastyczność, motor kręcił więcej niż 7000. W miarę upływu czasu zaczęły się pojawiać dziwne, ale oczywiste problemy. Najpierw czop korbowy lewego cylindra zaczął ocierać o łożysko i obudowę skrzynki korbowej. Usterka udało o mi się usunąć, ale nie oznaczało to końca problemów. Automat skrzyni biegów ciągle się odkręcał, kosz sprzęgłowy także, a o śrubach karterów i osłon już nie wspomnę. Obudowa silnika zaczęła pękać, po prostu koszmar. Mniej więcej raz na tydzień rozbierałem silnik (teraz robię to z zamkniętymi oczami) a i raz na miesiąc musiałem go rozpołowić (dzięki!). W sumie już się przyzwyczaiłem, gdy zauważyłem kolejną niespodziankę (czego to jeszcze ten silnik nie wymyślił?). Wspięcie się powyżej 4000 było dla niego nie lada wyczynem. Przyczyną nie było bynajmniej zużycie, ale coś innego. Tłok jakby chciał powrócić do poprzedniego położenia, więc zaczął się cofać względem "swojego kolegi", drugiego tłoka. Zauważyłem, ze prawy tłok zbliża się do GMP o milimetr później od lewego tłoka. No pięknie! pomyślałem i jak tu teraz ustawić zapłon jednym przerywaczem ? Nic wiec nie zrobiłem. Wybrałem się jednak na matą przejażdżkę i wtedy zaliczyłem glebę. Dlaczego? Jakiś taksówkarz Mercem zajechał mi drogę. Motor stał się pojazdem dwuśladowym i niestety skończył swój żywot. Możecie sobie wyobrazić ile kosztuje błotnik i opona w Mercedesie, a ile kosztuje wymiana widełek w Jawie. Na pewno to pierwsze jest droższe. W ten właśnie sposób skończyła się moja przygoda z Jawą, po której możecie uważać mnie za bałwana nie znającego się na silnikach i wcale się Warn nie dziwię. Wiem, ze ktoś, kto nie zna się na silnikach, nie odważyłby się dokonać takiej przeróbki. Nic prawie nie kosztowała (czyżby?) a ile zjadła nerwów. Teraz wiem, ze człowiek uczy się na błędach, tego co zrobiłem nie żałuję, bo wiem, ze więcej tego nie zrobię.