Zacząć moim zdaniem od zmiany przyzwyczajeń. Uwierz mi, że w czasach kiedy te zegarki były w powszechnym użyciu przed myciem rąk zdejmowało sie zegarek, w deszcz chowało pod mankiet, unikało zmian temperatury przez kładzenie na słońcu czy zimnym parapecie. Jeszcze jak byłem szczawik, babcia uczyła mnie postępowania z zegarkami i tłumaczyła rzeczy, na które dziś nikt nie zwraca uwagi. Bo kto dziś się zastanawia, że raptowna zmiana temperatury może spowodować... pęknięcie sprężyny?
Zwykle w starych zegarkach koronka była najsłabszym punktem zegarka. To w okolicach koronki właśnie tarcze łapały brud i zacieki. Wyrobiony tubus, koronka bez uszczelki lub uszczelka stara, stwardniała i wytarta. Drugie miejsce to dekiel. Wciskany nigdy nie będzie szczelny. To, że nie widać wżerów w kopercie nie oznacza, że powierzchnia styku z dekielkiem jest idealnie gładka i szczelna. Szkiełko, jeśli oryginalne, zwykle było dobrze spasowane. Problemy pojawiały się po wymianie. Minimalne różnice w wymiarze, geometrii i już pojawiała się nieszczelność. Czasem pomagała wymiana na inne szkiełko, a czasem po prostu wklejenie. Jeśli dobry majster wklei, to naprawdę nie widać. Tylko potem, przy następnej wymianie jest więcej roboty, bo trzeba dobrze oczyścić kopertę. Oczywiście, to mniej eleganckie rozwiązanie, niż wymiana na właściwe, dobrze spasowane szkiełko.
A szatańska maszyna do sprawdzania szczelności na mokro wytwarza nadciśnienie, które uginając kopertę, szkiełko i dekiel wytwarza wyższe ciśnienie również we wnętrzu obudowy, wypychając bąbelki na zewnątrz. Oczywiście woda do środka się nie dostanie, bo... nie Jak wylata, to nie wlata, takie jest odwieczne prawo natury, gęstość płynu i gazu, te sprawy. Tylko, czy w wypadku takiego zegarka sprawdzanie maszynką ma sens? Przypuszczam, że nawet fabrycznie nowy puszczałby bąble na wszystkie strony i doprowadzenie do stanu, w którym nie puści bąka jest nieosiągalne. Ale ja się nie znam, niech ktoś mądry powie.