Dziś 11 listopada, Święto Niepodległości, więc teraz Polska. Do posłuchania wybrałem płytę zespołu dla mnie absolutnie wyjątkowego. Zespołu, który wyprzedził swój czas i choć w latach w jakich tworzył kasy wielkiej z tego nie było, to wartość artystyczna jego muzyki sprawiła, że stał się legendarny. Mam na myśli fenomenalny, nietuzinkowy, genialny Kobong. Kapela została założona przez dwóch gości, którzy nadali bieg krótkiej, choć intensywnej muzycznej podroży. Byli to basista Bogdan Kondracki oraz specjalista od polirytmii i w ogóle połamanych rytmów, a mianowicie perkusista Wojciech Szymański. Obaj z wykształceniem muzycznym grali wspólnie tworząc zręby tego, czym Kobong miał być. Następnie dołączył do nich Robert „Sadek” Sadowski, który z zespołem Houk nagrał rewelacyjną płytę pt. „Transmission Into Your Heart” - moim zdaniem jedną z najlepszych w historii polskiego rocka. Skład uzupełnił drugi gitarzysta Maciej Miechowicz i tak powstał Kobong. Nie jest więc prawdą to, co podają internetowe portale, że „Sadek” założył Kobonga. Niezależnie od tego był jednym z kluczowych „elementów” muzycznej układanki grupy. Jego technika gry na gitarze (biały Gibson Les Paul) przypominała malowanie dźwiękiem, gdzie akordy charakteryzowało pełne, soczyste brzmienie, a nie jakieś tam pitolenie pryma / kwinta. Było w tym coś z Hendriksa, lecz z masą przesteru, co dało świetny efekt. Kobong jechał więc jak walec drogowy, choć w niektórych kompozycjach pojawiło się też trochę klimatycznych, przestrzennych dźwięków. W grze zespołu nie brakowało elementów improwizacji prowadzącej gdzieś w okolice jazzu. Na przykład w kompozycji pt. „Po pas” z łatwością można odnaleźć brzmienia znane z płyt Milesa Davisa z okresu, kiedy grał fusion. Ambitne, mocne, metalowe riffy opatrzono nieoczywistą rytmiką, co sprawiło, iż powstała muzyka trudna w odbiorze dla niezbyt wyrobionych słuchaczy. Na domiar złego, wytwórnia nie zadbała o odpowiednią promocję albumu, więc potencjał perły polskiego metalu został zaprzepaszczony. Ludzie nie potrafili też zrozumieć, co Kobong właściwie rzeźbi. Zrozumieli i docenili po latach na fali popularności zespołu Meshuggah. Cóż, cudze chwalicie, swego nie znacie.