-
Liczba zawartości
2708 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Typ zawartości
Forum
Profile
Galeria
Kalendarz
Blogi
Sklep
Zawartość dodana przez Autor1984
-
Pawle, jak widzisz, wątek może również pełnić formę edukacyjną. Przyjąłem do wiadomości. Niedługo napiszę dłuższy post, bo ostatnie tygodnie u mnie to była totalna zapier...nka. A mam co nieco do napisania, bo Twoje zaangażowanie zdecydowanie zasługuje na kilka słów.
-
Fabre Leuba należy do Tata Group, dlatego Kolega hrabia zażartował z Indiami.
-
O raju. Mariusz, tylko alarm zamontuj
-
Za kozę - 20 klocków, trochę dużo
-
Gratuluję, trochę Cię poniosło
-
-
Z motyką na słońce-kupno używanego Grand Seiko spring drive
Autor1984 odpowiedział ezechiel123456789 → na temat → Jaki zegarek...
Przede wszystkim niczego "nie powiedziałem", tylko napisałem. I nie chodzi o to, że wykonanie takiego odczytu jest jakimś potężnym wysiłkiem. Chodzi o realia związane z handlem używanym zegarkiem. W okresie dwóch tygodni zegarek może mieć przecież kilku potencjalnych klientów. Sprzedający nie musi być zainteresowany przeprowadzaniem indywidualnych testów na życzenie każdego kupującego. To nie jest kwestia wysiłku, tylko jego decyzji, czasu i możliwości. "Gdybym prezentował takie podejście jak ty, to sprzedawałbym moją klitkę rok czasu. To jest podejście wręcz aroganckie." Nie znasz mnie i nic o mnie nie wiesz. Nie napisałem niczego, co dawałoby podstawy do stwierdzenia, że jestem opieszały czy arogancki. Wyraziłem jedynie opinię, że oczekiwanie od sprzedającego przeprowadzenia dodatkowego, dwutygodniowego testu nie jest czymś, co każdy sprzedający będzie chciał zrobić. I Łudzisz się naiwnie, że taki test rozwiąże problem. Sprzedający ustawi zegarek, odłoży go na dwa tygodnie i poda Ci wskazanie. Ty natomiast nadal musisz zaufać, że rzeczywiście zrobił dokładnie to, co deklaruje. Weryfikujesz więc dokładność zegarka, ale nadal nie weryfikujesz jego stanu technicznego. "To są jakieś jaja-sprzedawca odmawia odpowiedzi na fundamentalne dla zegarka pytanie-czy pokazuje prawidłowo czas." To są wspomniane przeze mnie realia. Sprzedający ma swoją decyzję, czas i możliwości, a Ty masz prawo uznać, że bez takiego testu nie kupisz zegarka. Nie oznacza to jednak, że odmowa wykonania testu jest czymś podejrzanym. -
Z motyką na słońce-kupno używanego Grand Seiko spring drive
Autor1984 odpowiedział ezechiel123456789 → na temat → Jaki zegarek...
Wyobrażasz sobie podobną sytuację przy sprzedaży samochodu albo wspomnianego przez Ciebie mieszkania? Proszę przez dwa tygodnie notować zużycie paliwa, oleju i odczytywać codziennie wartości. Albo: Proszę przez dwa tygodnie monitorować zużycie energii, wody itd. Być może udałoby się znaleźć prywatnego sprzedającego, który się na to zgodzi, ale szczerze mówiąc, trudno oczekiwać takiego podejścia. Posłuchaj mojej rady: jeżeli zależy Ci przede wszystkim na dokładności i chcesz mieć możliwie spokojny zakup, kup od autoryzowanego sprzedawcy nowy Grand Seiko z mechanizmem kwarcowym. Uprościsz sobie życie, a przede wszystkim wyeliminujesz sporą część problemów, które sam sobie teraz generujesz przy zakupie używanego zegarka. Kupując zegarek używany, a szczególnie Spring Drive, który jest napędem hybrydowym, zawsze kupujesz również jego historię. Nie wiesz, jak był użytkowany, w jakich warunkach pracował, czy rzeczywiście był prawidłowo serwisowany i jaki jest faktyczny stan mechanizmu. Sam fakt, że sprzedający pisze: "po pełnym serwisie" niewiele jeszcze mówi, jeżeli nie masz pewności, kto ten serwis wykonał, co dokładnie zostało zrobione i czy użyto właściwych części. I tutaj dochodzimy do rzeczy, którą moim zdaniem trochę pomijasz. Spring Drive nie jest zwykłym mechanizmem mechanicznym. W przypadku problemów nie oddajesz go po prostu do dowolnego dobrego zegarmistrza, który rozbierze mechanizm, wyczyści go i wyreguluje. To rozwiązanie wymagające odpowiedniego zaplecza i wiedzy serwisowej. Dlatego przy zegarku za 11-15 tys. zł osobiście nie szukałbym dodatkowego ryzyka tylko dlatego, że jest to Spring Drive. Jeżeli natomiast Spring Drive jest dla Ciebie najważniejszy i właśnie ten mechanizm chcesz mieć, to kupowałbym przede wszystkim od sprzedawcy, którego można zweryfikować, z pełną dokumentacją i jasną historią serwisową, a nie próbował uzyskać od niego dwutygodniowego testu dokładności. To fikcja... Wierząc w tak przeprowadzony test, nie masz gwarancji, że kupujesz zdrowy egzemplarz. Pokazuje tylko, jak konkretny egzemplarz zachowywał się przez konkretny okres w konkretnych warunkach. Przy takim zakupie postawiłbym jednak na przezorność, a nie optymizm. -
-
Zegarek Klubowy 2026 - dyskusja
Autor1984 odpowiedział Paweł Bohacz → na temat → Zegarki i inicjatywy związane z zegarkami
W Turcji znacznie taniej. -
Piekny motocykl dla dwudziestolatka.
-
Zegarek Klubowy 2026 - dyskusja
Autor1984 odpowiedział Paweł Bohacz → na temat → Zegarki i inicjatywy związane z zegarkami
Za co? Przecież chcemy nosić go "na rękach" -
Zegarek Klubowy 2026 - dyskusja
Autor1984 odpowiedział Paweł Bohacz → na temat → Zegarki i inicjatywy związane z zegarkami
Z mojej strony, to czysta życzeniowość. Taki Oris Big Crown Lou Gehrig LE, to piękna pozycja w ofercie producenta z Holstein. Gdyby powyższy model posiadał kaliber 403 i świetnej jakości pasek od JFS, to czego chcieć więcej? -
Zegarek Klubowy 2026 - dyskusja
Autor1984 odpowiedział Paweł Bohacz → na temat → Zegarki i inicjatywy związane z zegarkami
Paweł, za szybko "wychyliłeś" się z tematem. Na przyszłość, tak jak wspomniał szanowny Kolega Rafał @rafalmosty, lepiej skrócić okres "od - do" do niezbędnego minimum. Skoro już bawimy się w zgadywanie, to ja obstawiam, że zegarek będzie w porozumieniu z Zarządem realizowany przez ORIS Holstein 1904. A z przekory napisałbym, że NOMOS PS. Filip @eye_lipto pewnie trzeci partner, który zaprojektuje i wykona paski do zegarków. Wygrałem sztangę dropsów? -
-
Paweł, nawet nie chodzi już tylko o emocje historyczne. Współczesne elity polityczne i medialne bardzo dobrze "naumiały się" wykorzystywać ludzką potrzebę wskazywania "dobrych" i "złych". To skuteczny mechanizm, ponieważ nie wymaga od odbiorcy analizowania zależności - wystarczy wzbudzić współczucie, niechęć, strach, a w skrajnych przypadkach nienawiść. I wtedy bardzo łatwo przejść od pytania: dlaczego dane państwo postepuje w określony ten sposób? Do pytania: kto jest dobry, a kto zły? A to są przecież dwie zupełnie różne rzeczy. Putin jest odpowiedzialny za decyzję o rozpoczęciu pełnoskalowej wojny i można ją jednoznacznie potępiać. Ale jeżeli chcemy naprawdę analizować geopolitykę, musimy umieć wyjść poza prosty schemat moralny i zapytać również o interesy wszystkich stron, ich cele (zarówno gospodarcze jak i te związane z doktryną wojenną) i konsekwencje podejmowanych decyzji. Dobrym przykładem jest choćby Netanjahu. Ocena jego polityki w przestrzeni publicznej jest zdecydowanie bardziej złożona i zależna od tego, kto oraz w jakim kontekście o niej mówi... I właśnie ta różnica pokazuje, jak bardzo sposób przedstawiania konfliktów zależy od przyjętej narracji. Dlatego uważam, że największym problemem nie jest samo istnienie emocji - bo to naturalny mechanizm - tylko sytuacja, w której emocje zostają wykorzystane jako filtr, przez który mamy już nie analizować rzeczywistości, lecz jedynie wskazać, komu mamy kibicować, a kogo potępiać. EDIT: Nowe Pajero. https://motoryzacja.interia.pl/wiadomosci/premiery/news-mitsubishi-pajero-wraca-w-zupelnie-nowej-odslonie-diesel-ram,nId,23538338
-
Waldek, ale skąd Ci w ogóle przyszedł do głowy "afekt wobec Rosji"? Przeczytaj jeszcze raz zdanie, do którego się odnosisz. Napisałem, że gdyby Europa, Rosja i Chiny jednocześnie rosły w siłę, oznaczałoby to zupełnie inny układ sił na świecie. To jest opis hipotetycznego układu geopolitycznego, a nie wyraz sympatii do Rosji. I na pewno nie jest to hipoteza wyrwana z kapelusza. Przez lata Europa korzystała z rosyjskich surowców, Rosja z europejskiego kapitału i technologii, a Chiny z dostępu do europejskiego rynku. Gdyby ten model rozwijał się dalej, powstałby bardzo silny układ gospodarczy w Eurazji. Można uważać taki scenariusz za niebezpieczny, nierealny albo niepożądany, ale trudno udawać, że jego ewentualne powstanie nie miałoby konsekwencji dla światowego układu sił. I tu właśnie jest różnica między analizą a wartościowaniem. Można uważać Rosję za państwo agresywne, autorytarne i odpowiedzialne za zbrodnie wojenne, nie ufać jej i popierać sankcje, a jednocześnie analizować jej potencjał gospodarczy, surowcowy i geopolityczny. Jedno drugiego w żaden sposób nie wyklucza. Nie napisałem przecież: szkoda, że Rosja nie rośnie w siłę ani, że powinniśmy budować z Rosją wspólną Europę. Napisałem, że gdyby trzy wielkie ośrodki gospodarcze - Europa, Rosja i Chiny - jednocześnie rosły w siłę, świat wyglądałby inaczej. To chyba dość elementarna obserwacja geopolityczna, a nie afekt wobec Rosji. I właśnie dlatego nie bardzo rozumiem, po co w odpowiedzi pojawia się określenie: zbrodniczy, złodziejski kraj. Możemy oczywiście oceniać Rosję moralnie i politycznie, ale to nie odpowiada na pytanie, które postawiłem. Ono dotyczy interesów i układu sił, a nie tego, czy Putin jest dobrym czy złym człowiekiem.
-
O, dochodzimy do momentu, w którym mamy już bardziej zbiór ocen i emocji niż dyskusję o mechanizmach, o których pisałem. To, że Trump prowadzi politykę bardziej transakcyjną, można oczywiście dyskutować - zresztą nie jesteś w tym poglądzie odosobniony. Ale z faktu, że obecna administracja USA patrzy na relacje międzynarodowe bardziej przez pryzmat interesu i kosztów, nie wynika ani to, że "nie ma sojuszników", ani że cała polityka USA sprowadza się do nabijania sałaty Trumpowi i jego kolesiom. To już jest publicystyczna ocena, nie argument. Podobnie z Chinami. Oczywiście, że Chiny mają własne ambicje strategiczne. Tylko właśnie dlatego przykład fotowoltaiki jest dobrym przykładem tego, o czym pisałem. Niemcy nie musiały być przez Pekin zmuszane do niczego. Wystarczyło, że europejskie firmy uznały, iż bardziej opłaca się produkować w Chinach, korzystając z ich skali, kosztów i przewagi technologiczno-produkcyjnej. Chiny stworzyły warunki, w których europejska przewaga przemysłowa zaczęła się kurczyć, a Europa sama w znacznym stopniu ten proces zaakceptowała. I dokładnie o to mi chodziło od początku: nie szukam jednego winnego. Interesuje mnie mechanizm, w którym państwa i przedsiębiorstwa podejmują racjonalne z własnego punktu widzenia decyzje, które w dłuższej perspektywie mogą prowadzić do strategicznej utraty przewagi. A z tym, że "Rosja zawsze była przeciwnikiem Zachodu", naprawdę trudno się zgodzić, w zasadzie nie sposób się z Tobą zgodzić. Historia stosunków rosyjsko-niemieckich jest znacznie bardziej skomplikowana. Były okresy rywalizacji, były wojny, ale były też bardzo bliskie okresy współpracy politycznej, gospodarczej i wojskowej - od XIX wiecznego koncertu mocarstw, przez Rapallo, aż po Ostpolitik i Nord Stream. Współczesna historia Nord Stream 2 jest zresztą najlepszym dowodem na to, że jeszcze niedawno Berlin uważał strategiczną współpracę energetyczną z Moskwą za zgodną z własnym interesem. Dlatego naprawdę nie próbuję tu udowodnić, że Rosja jest super, Chiny są cudowne, a USA są do d*py. To byłoby równie infantylne jak przeciwna narracja. Mój punkt jest dużo prostszy: wielkie państwa kierują się przede wszystkim własnym interesem, a firmy przede wszystkim własnym rachunkiem ekonomicznym. Czasem te interesy się pokrywają, czasem są sprzeczne. Jeżeli chcemy zrozumieć, dlaczego Europa znalazła się dzisiaj w takim, a nie innym miejscu, trzeba analizować właśnie te zależności, a nie sprowadzać wszystkiego do tego, że jedni są imperialistyczni, drudzy chciwi, a trzeci moralnie bezwstydni. Znasz dowcip o izraelskiej bombie? I właśnie dlatego nie bardzo widzę sens dalszego licytowania się na to, kto jest bardziej "zły". Jeżeli już rozmawiamy o polityce międzynarodowej, to znacznie ciekawsze jest pytanie, jakie były interesy poszczególnych graczy, jakie decyzje podejmowali i jakie były ich konsekwencje.
-
Z tym, że Niemcy popełniły gigantyczne błędy strategiczne, trudno się nie zgodzić: zamknięcie atomu, uzależnienie energetyki od rosyjskiego gazu, gospodarka oparta w dużej mierze na eksporcie i jednoczesne przenoszenie produkcji do Chin. Tyle tylko, że nie zgodziłbym się z twierdzeniem, że niemiecka polityka energetyczna i unijna to dwie całkowicie odrębne historie. Oczywiście formalnie są to dwie różne rzeczy. Unia ma własne instytucje, kompetencje i proces decyzyjny, a Berlin nie może jednoosobowo narzucić pozostałym państwom swojej polityki. Tyle że przez lata Niemcy były i pozostają największą gospodarką UE i jednym z jej najważniejszych politycznych ośrodków wpływu. Ich strategia energetyczna była więc jednym z istotnych czynników kształtujących europejski kierunek. Nie chodzi o to, że Berlin wskazywał palcem i cała Europa maszerowała w szeregu, ale trudno analizować unijną politykę energetyczną w oderwaniu od niemieckiej wizji. A ta wizja przez lata była dość prosta: odejście od atomu i węgla, tani rosyjski gaz jako paliwo przejściowe, rozwój OZE i jednocześnie utrzymanie konkurencyjności niemieckiego przemysłu. Nord Stream 2 jest tutaj wręcz podręcznikowym przykładem. Pięć europejskich koncernów - niemieckie Uniper i Wintershall, francuski ENGIE, austriacki OMV oraz Shell - zobowiązało się wspólnie sfinansować 50% kosztów projektu. Gazprom pozostawał jedynym udziałowcem Nord Stream 2 AG. Sam gazociąg miał prowadzić bezpośrednio z Rosji do Niemiec, więc Niemcy były kluczowym odbiorcą i naturalnym centrum dalszej dystrybucji rosyjskiego gazu. Oczywiście można powiedzieć, że korzystałyby na tym również inne państwa i firmy. Ale trudno udawać, że Niemcy nie miały w tym szczególnego interesu gospodarczego i strategicznego. Warto zatem przypomnieć osobe Gerharda Schrodera. Były kanclerz Niemiec, który zakończył urzędowanie w 2005 r., został następnie przewodniczącym komitetu akcjonariuszy Nord Stream. Później stanął na czele Nord Stream 2, a w 2017 r. został przewodniczącym rady nadzorczej rosyjskiego państwowego koncernu Rosnieft. Jeszcze 4 lutego 2022 r., czyli zaledwie 20 dni przed pełnoskalową inwazją Rosji na Ukrainę, Gazprom nominował Schrodera do rady nadzorczej. Po rozpoczęciu wojny wycofał się z tej nominacji i zrezygnował z funkcji w Rosniefcie. Nie chodzi więc o to, żeby twierdzić, że "Niemcy były rosyjskim agentem". Chodzi o pokazanie, jak mocno przez lata splotły się niemieckie interesy gospodarcze, polityka energetyczna i rosyjski sektor surowcowy. A potem...cały ten model się rozsypał. Wojna na Ukrainie odcięła Europę od założenia, że rosyjski gaz będzie stabilnym i tanim fundamentem europejskiej gospodarki. I tutaj pojawia się moim zdaniem największy paradoks całej transformacji. Europa zaczęła gwałtownie przyspieszać rozwój OZE i budować swoją niezależność energetyczną. Tylko że w momencie, kiedy trzeba było tę transformację przeprowadzić na ogromną skalę, okazało się, że Europa nie posiada już odpowiedniej bazy przemysłowej, żeby samodzielnie produkować znaczną część potrzebnych technologii. A Chiny posiadają. Panele fotowoltaiczne, ogniwa, wafle krzemowe, inwertery, pompy ciepła i wiele innych elementów zielonej transformacji są produkowane w Chinach na ogromną skalę i przy bardzo konkurencyjnych kosztach. I tutaj dochodzimy do pewnego absurdu: najpierw Europa budowała bezpieczeństwo energetyczne w oparciu o rosyjski gaz, a kiedy ten model się zawalił, zaczęła budować nowy model bezpieczeństwa energetycznego w oparciu o technologie, których produkcja w ogromnej części znajduje się w Chinach. Czyli z jednej zależności przeszliśmy w drugą. I nie jest to wyłącznie problem Niemiec. To problem całego europejskiego modelu gospodarczego. Europa chciała być jednocześnie zielona, niezależna energetycznie, tania i konkurencyjna przemysłowo. Tyle że przy okazji przez lata pozwalała na przenoszenie produkcji do Azji, zwiększała koszty własnego przemysłu i ograniczała rozwój części rodzimej bazy produkcyjnej. Kiedy więc przyszło gwałtownie przestawiać gospodarkę na nowe technologie, okazało się, że głównym dostawcą tych technologii jest właśnie państwo, z którym Europa zaczyna konkurować gospodarczo. I dlatego nie sprowadzałbym tego wyłącznie do "Niemcy były chciwe i przenosiły fabryki do Chin". To jest znacznie większy problem. Niemcy przez lata korzystały z modelu, w którym Rosja dostarczała tanią energię, Chiny kupowały niemieckie produkty, a Stany Zjednoczone gwarantowały bezpieczeństwo. Ten model był dla Niemiec fantastycznie korzystny - dopóki świat wyglądał tak jak wcześniej. Dzisiaj nie wygląda. I właśnie dlatego zgadzam się z tezą, że Niemcy są w dużej mierze beneficjentem świata, którego już nie ma. Tyle tylko, że moim zdaniem problem nie kończy się na Niemczech. Niemcy były jednym z głównych architektów europejskiego modelu gospodarczego ostatnich dekad, ale jednocześnie same zostały jego zakładnikiem. A wojna na Ukrainie, zerwanie energetycznych więzi z Rosją, konkurencja z Chinami i kryzys niemieckiego przemysłu po prostu brutalnie pokazały, jak wiele elementów tego modelu opierało się na założeniach, które przestały obowiązywać. Na końcu wracamy do kwestii, od której zaczęliśmy - kto właściwie będzie miał wpływ na kierunek Unii w przyszłości. Dzisiaj coraz głośniej mówi się o ograniczeniu zasady jednomyślności i odejściu od prawa weta w kolejnych obszarach. 1 września 2026 r. jedenaście państw UE wezwało do poszukiwania możliwości przejścia od jednomyślności do głosowania większościowego w polityce zagranicznej. I tutaj mam zasadniczą wątpliwość... Prawo weta nie jest wyłącznie narzędziem do blokowania decyzji. Jest również instrumentem ochrony interesów państwa, które samo nie jest w stanie przeforsować swojej wizji większością głosów. Dla Polski, czy szerzej dla państw Europy Środkowo-Wschodniej, ma to ogromne znaczenie. Jeżeli przejdziemy w kolejnych obszarach od jednomyślności do głosowania większościowego, siła polityczna poszczególnych państw będzie w coraz większym stopniu zależała od ich potencjału gospodarczego, liczby ludności i zdolności budowania koalicji. Obecny system większości kwalifikowanej wymaga 55% państw reprezentujących co najmniej 65% ludności UE, więc znaczenie największych państw jest w nim z natury rzeczy bardzo duże. Jeżeli przez lata Niemcy miały ogromny wpływ na kierunek europejskiej polityki energetycznej, a dzisiaj jednocześnie należą do głównych zwolenników ograniczenia możliwości blokowania decyzji przez pojedyncze państwa, to trudno nie zadać pytania, czy w przyszłości mniejsze państwa będą miały większą, czy właśnie mniejszą możliwość wpływania na strategiczne decyzje Unii. Bo jeżeli pozbawimy państwa takiego jak Polska jednego z najważniejszych instrumentów negocjacyjnych, jakim jest możliwość zablokowania decyzji sprzecznej z naszym interesem, to siłą rzeczy zwiększamy znaczenie państw największych, dlatego trudno mi przyjąć argument, że niemiecka polityka energetyczna i unijna to dwie zupełnie różne rzeczy. Nie twierdzę, że Berlin siedzi w Brukseli i jednym palcem wskazuje, co ma robić cała Europa. Twierdzę coś znacznie prostszego: jeżeli największe gospodarczo i politycznie państwa mają największy wpływ na kierunek Unii, a jednocześnie dążymy do systemu, w którym decyzje będą mogły zapadać bez zgody wszystkich państw, to wpływ tych największych będzie siłą rzeczy jeszcze większy. A skoro dzisiaj widać, że Niemcy i Francja należą do głównych promotorów takiej zmiany, to trudno nie zastanawiać się, komu taka konstrukcja polityczna będzie w praktyce najbardziej sprzyjać. Ostatecznie nie chodzi tylko o to, czy Unia będzie podejmowała decyzje szybciej, chodzi o to, kto będzie miał największy wpływ na to, jakie te decyzje będą. Uważam, że dyskusja o niemieckiej polityce energetycznej jest jedynie fragmentem znacznie większego problemu - czyli tego, kto będzie wyznaczał strategiczny kierunek Unii Europejskiej i jaką realną możliwość wpływania na ten kierunek będą miały państwa takie jak Polska Warto również zapoznać się z opiniami ekonomisty Jeffreya Sachsa na temat przyczyn wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie oraz sabotażu Nord Stream. Sachs od lat argumentuje, że kluczową rolę odegrała polityka rozszerzania NATO oraz dążenie Stanów Zjednoczonych do utrzymania swojej dominującej pozycji geopolitycznej. W sprawie zniszczenia gazociągów wskazuje natomiast na motyw, możliwości oraz publiczne wypowiedzi amerykańskich polityków, w tym słowa Antony'ego Blinkena o "ogromnej szansie" wynikającej z trwałego odcięcia Europy od rosyjskiego gazu... Nie chodzi oczywiście o to, żeby automatycznie przyjmować jego wnioski za pewnik - zwłaszcza że w sprawie Nord Stream pojawiają się również inne wersje wydarzeń. Chodzi raczej o postawienie pytania, które pojawia się zdecydowanie zbyt rzadko: komu strategicznie było na rękę, aby Unia Europejska, z Niemcami na czele, oraz Rosja nie umacniały się jako niezależne ośrodki siły gospodarczej? Bo jeżeli spojrzeć na to z szerszej perspektywy, sytuacja, w której Europa, Rosja i Chiny jednocześnie rosłyby w siłę, tworząc potężne gospodarcze i handlowe zaplecze Eurazji, oznaczałaby zupełnie inny układ sił niż ten, który obserwujemy dzisiaj. Europa została energetycznie i przemysłowo osłabiona, Rosja została zepchnięta do roli strategicznego przeciwnika zachodu, a Chiny stały się dla Europy jednym z głównych dostawców technologii potrzebnych do transformacji energetycznej. I właśnie w tym kontekście warto spojrzeć na całosć. Niemcy były i pozostają największą gospodarką UE, przez lata miały ogromny wpływ na kierunek europejskiej polityki, a ich model gospodarczy był w dużej mierze oparty na taniej energii z Rosji i eksporcie niemieckich produktów na światowe rynki. Ten model się załamał. Dla kogo to było korzystne? Tak, to pytanie retoryczne.
-
Zwolnienia w VW, jak również ekspansja chińskich produktów, to w dużej mierze skutek utopijnej wizji związanej przede wszystkim z polityką energetyczną UE. Ta doprowadziła m.in. do ogromnego wzrostu kosztów produkcji. Do tego dochodzą marże na elektrykach, które są wręcz "komiczne", przez co całe zakłady stają się nierentowne. Doszły również cła importowe nakładane przez USA, co dodatkowo uderza w rentowność niemieckich produktów. Tak naprawdę wszystkie te elementy nakładają się na siebie i tworzą dokładnie ten problem, o którym piszesz. W rezultacie przeciętny Moller czy Kowalski coraz częściej może dojść do wniosku, że zamiast niemieckiego elektryka kupi samochód chiński - szczególnie jeśli za niższą cenę dostanie lepsze wyposażenie i porównywalną jakość. Pchanie się w tę przepaść, jak widać, cały czas postępuje, więc trudno się dziwić, że jeżeli ktoś założył sobie pętlę na szyję, a następnie sam zaczyna odsuwać krzesło, na którym stoi, to za chwilę może zabraknąć mu oddechu. Co do dumy Chińczyków - tu jednak byłbym ostrożniejszy. Owszem, jeżeli będą produkowali doskonałe i dopracowane samochody, z pewnością coraz więcej Chińczyków zacznie kupować własne marki. Ale samochód to również prestiż i marka, a tego nie buduje się w kilka lat. Niemieckie marki wypracowywały swoją pozycję przez dziesięciolecia. Możesz założyć najlepszy chiński zegarek na świecie, ale jeżeli nikt nie rozpoznaje jego marki, to w określonych środowiskach nadal nie będzie miał takiej wartości jak produkt marki, która ma za sobą dekady historii i prestiżu. Dlatego moim zdaniem Chińczycy mogą bardzo szybko dogonić Niemców technologicznie i jakościowo, ale znacznie trudniej będzie im odebrać niemieckim markom pozycję. Czytam właśnie, że w segmencie klasy Mercedesa S i BMW 7 mocno w Chinach namieszało Maextro S 800.
-
Tak jest w Volvo, chyba...
-
Jerzy, tutaj chodzi o względy bezpieczeństwa. Pojazd nie wie, że to ustawienie pod Ciebie, a nie np. pod hobbita. Wyobraź sobie sytuację, w której jedziesz na wymagającej drodze i zmieniasz położenie fotela - fotel ustawia się z jego maksymalnym wysunięciem do przodu i oparciem do pionu lub jeszcze bardziej w kierunku kierownicy. Ewentualnie na odwrót, gdzie hobbit nie jest w stanie dosięgnąć do pedału hamulca. Moim zdaniem to nie jest wada, tylko rozsądne rozwiązanie minimalizujące możliwość utraty kontroli nad pojazem.
-
Masz kilka możliwości, wspomniana gałka tj. kontroler iDrive, ekran, a także za pomocą gestów.
