-
Liczba zawartości
2708 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Typ zawartości
Forum
Profile
Galeria
Kalendarz
Blogi
Sklep
Zawartość dodana przez Autor1984
-
Mam wyłączone sprawdzanie pisowni, a nie chce mi się tekstu przerzucać do worda. Oczywiście nie usprawiedliwia mnie to w żaden sposób do puszczania takich paskudnych bąków w eter. Dzięki Mariusz za czujność - już edytuję!
-
Nic dodać, nic ująć. Też m.in. uważam, że "Bezsenność" jest również i całościowo lepsza, aniżeli "Rekrut". Co do D. Brasco - jest taka scena gdy Czarny Sonny grany przez śp. Michaela Madsena bierze na stronę Donniego (rewelacyjny Depp) i omawia z nim sprawy "rodzinne". Ten zawód w oczach Ruggiero... Mistrzostwo. A co do epizodu w "Pewnego razu w Hollywood" to, znacznie ciekawszą postać wykreował w "Dom Gucci"; może dlatego, że była to rola drugoplanowa i miał okazję się w pełni zaprezentować. Leto był super
-
Kulinaria, co jeść, jak to zrobić.....? :)
Autor1984 odpowiedział Master Yoda → na temat → PO GODZINACH
Kilku? Raczej kilkunastu, a nawet kilkuset! -
No jasne. Al Pacino - odhaczony praktycznie w każdej roli EDIT. Ortografia...
-
Mało kto wie, że początkowo producenci "Ojca chrzestnego" byli zdecydowanie przeciwni obsadzeniu Ala Pacino w roli Michaela Corleone. Uważali, że jest zbyt mało znany i nie pasuje do tej postaci. Coppola jednak uparł się na niego, postawiłna swoim - i dobrze, bo dzięki temu powstała jedna z najlepiej wykreowanych postaci w historii Hollywood.
-
Waldek, pamięć bywa ulotna, dlatego warto przypomnieć pewne fakty. W 2012 roku Patriarcha Cyryl oraz Arcybiskup Michalik podpisali dokument o pojednaniu narodów Polski i Rosji, którego celem była odbudowa wzajemnego zaufania oparta na wspólnym dziedzictwie chrześcijańskim. To gest mądrości etapu, świadczący o tym, że relacje międzynarodowe rządzą się inną logiką niż prywatne rozliczenia historyczne. Możemy spekulować, czy Cyryl kiedykolwiek publicznie potępi zbrodnie komunistyczne, ale nie wydaje mi się, by było to możliwe w obecnym kontekście geopolitycznym. Relacje międzynarodowe są złożone, a kościół rosyjski działa pod silnym wpływem państwa. Wiele gestów i milczeń ma charakter pragmatyczny. Jeśli chodzi o rzekomą agenturalną przeszłość Patriarchy "Michajłowa" Cyryla - brak jest jednoznacznych dowodów(dokum,enty ujawnili Niemcy w latach 70tych). W wywiadzie rosyjskiej telewizji, zapytany o zarzuty współpracy z KGB, odpowiedział krótko i ironicznie: "Da i szto?". Innymi słowy, nie potwierdza, nie zaprzecza, ale i nie rozwija tematu, pozostawiając pole do domysłów i interpretacji. Bo tak mówią - i co z tego? Bo był - i co mu zrobią? Majstersztyk. Na koniec, jeśli idzie o sumienie narodowe, nie można ignorować geopolitycznej gry, gdzie interes państw i instytucji często kładzie się cieniem na kwestię rozliczenia z przeszłością. Nie warto więc oczekiwać od hierarchów kościelnych ani polityków, że będą działać wyłącznie pod dyktando moralności, gdy na szali leżą strategiczne cele. Takie zjawiska w "przyrodzie" nie występują. Także - mądrość etapu i polityka interesów - to kluczowe narzędzia działalności dużych graczy.
-
Robert w 2006 Niemcy zostali rozgrzeszeni. Rozgrzeszył ich sam Benedykt XVI przypisując winę nazistom, którzy okupowali teren zamieszkiwany przez Niemców. Z narodu zbrodniarzy jednym susem przeskoczyli do narodu ofiar. "W miejscu takim jak to słowa zawodzą; w końcu może pozostać tylko przerażone milczenie - milczenie, które jest wewnętrznym wołaniem do Boga: dlaczego milczałeś, Boże? Dlaczego to mogło się wydarzyć? (…) Naród niemiecki został wykorzystany przez grupę zbrodniarzy, którzy osiągnęli władzę przez obietnice wielkości i odbudowy honoru narodu. W imię tego fałszywego obrazu Niemcy zostały wciągnięte w spiralę zła i terroru, w której uczestniczyli, stając się zarazem ofiarami i sprawcami". Sprytny zabieg, który w znaczący sposób przemodelował narrację. Takim manewrem retorycznym zapobiega się jednoznacznej ocenie. Co nie jest takie oczywiste w filmach Smarzowskiego. To tak gwoli ścisłości, co do świadomości i sumień przyjaciół zza Odry i polskich reżyserów.
-
Tak, to prawda - Smarzowski ma odwagę poruszać trudne tematy, ale ten obraz zaczyna być naprawdę męczący. Brakuje w nim już powietrza, jakiegoś oddechu, który pozwoliłby zobaczyć człowieka, a nie tylko jego brud.
-
Mam istotny problem ze Smarzowskim. Tekst recenzji brzmi tak, jakby został wklejony z gotowej matrycy - tej samej, którą uruchamia się przy każdej premierze Smarzowskiego: "mocny film, rozdrapuje rany, zmusza do refleksji". Smarzowski rzeczywiście jest nieugięty, ale coraz bardziej przewidywalny. Nie widziałem jeszcze "Domu dobrego", ale jeśli mam wierzyć zwiastunowi, to znowu zobaczę ten sam katalog polskich grzechów: pijaństwo, przemoc, hipokryzję, moralne błoto. On odsłania ciemne zakamarki ludzkiej duszy, ale zawsze tej polskiej. Jakbyśmy byli wyłącznie zbiorem patologii. Owszem, mówi się, że Smarzowski uderza w "system", w "instytucje", w "obyczaje". Ale kto te instytucje tworzy? Kto ten system zasila? Zawsze Polacy. W efekcie - bez względu na intencje - jego kino rzeźbi wizerunek Polaka jako istoty bez zasad, bez kręgosłupa, bez nadziei. I przez powtarzalność tych obrazów efekt staje się trwały. To działa jak powielacz - im częściej oglądamy ten sam brud, tym bardziej zaczynamy wierzyć, że to jedyny możliwy obraz nas samych. W pewnym momencie zaczynam się zastanawiać, czy Smarzowski naprawdę wciąż "rozlicza Polskę", czy po prostu utrwala jedną, najbardziej paskudną wersję polskości. Bo to moralizowanie zaczyna przypominać mechanizm zadaniowy: film za filmem, wciąż ta sama nuta, wciąż ten sam grzech pierworodny. Być może największym dramatem nie jest to, co Smarzowski pokazuje, tylko to, że my - widzowie - zaczynamy w to wierzyć z poklaskiem. Bo nic tak nas nie jednoczy jak wspólne poczucie hańby. Zakorzeniono nam trwale pedagogikę wstydu, która w tym przypadku dotyka nie tylko pojęcia historycznego, ale i rysu charakterologicznego narodu. Parę lat temu pojawił się cytowany wpis na Filmweb o Smarzowskim. Poniżej wklejam całość. Cała prawda o Smarzowskim "4 lata temu Tekst nie mój, znaleziony na jednym z forów, ale idealnie oddaje tzw. twórczość Smarzowskiego. "Smarzowski przynudza. Te same mordy w tych samych okolicznościach co zwykle. Dałby już ku**a spokój chociaż z tym Jakubikiem. Podejrzewam, że następny film o polskich szkołach. Jakubik wuefista-pijaczyna, macający uczennice. Trzydzieści lat wstecz wicemistrz powiatu w rzucie oszczepem. Dyplom utrwalający ten sukces trzyma na honorowym miejscu w swojej norze i pije pod ten widok, płacząc i waląc kapucyna. Izabela Kuna pijaczka-polonistka, która popuszcza szpary klasowemu gangusowi. W tej roli lekko przypudrowany Bartłomiej Topa - jest tak stary, bo kiblował przez trzydzieści lat w drugiej klasie technikum. Kuna zachodzi z nim w ciążę - kiedy on się o tym dowiaduje, wali ją w ryj i rozkazuje wykonać skrobankę. W wyniku obrażeń następuje poronienie, załamana psychicznie Kuna wiesza się na lampie w swojej sali lekcyjnej. Kiedy znajdują ją uczniowie widok ich w ogóle nie wzrusza - cieszą się tylko, że nie będzie lekcji i idą się naćpać gdzieś za winklem. Robert Więckiewicz - dyrektor. kiedyś wielki inteligent, biolog, ale karierę zablokowano mu względów politycznych. Dzisiaj złośliwy degenerat, popijający cichaczem z małpek pokitranych w różnych zakamarkach gabinetu. Podczas apelu z okazji Święta Niepodległości jest pijany, zasypia i szcza pod siebie. Lech Dyblik to z kolei wiecznie zaszczany woźny, walący denaturat przez szmatę do podłogi. Jacek Braciak przyp**dolony matematyk znęcający się psychicznie nad klasą (w kubku termicznym zamiast kawy ma czysty spirytus). Trzyma się na stanowisku przez znajomości w kurii - jest nieślubnym synem biskupa, trzęsącego całym miastem. Kinga Preis - wiecznie naje*ana szatniarka w usmarkanym fartuchu. Podsłuchuje jakąś newralgiczną rozmowę szkolnych dilerów (w roli szesnastolatków aktorzy 10 lat starsi, porozumiewający się koślawymi dialogami, nieudolnie stylizowanymi na młodzieżowy slang). Kiedy dilerzy nakrywają ją z gumowym uchem przylepionym do drzwi, biją ją i gwałcą w kantorku na miotły, bo ktoś przecież musi wyr*chać Kingę Preis, Smarzol nam nie odpuści takiej obrzydliwości. Jeszcze Eryk Lubos - najlepszy przyjaciel Jakubika z kanciapy wuefistów. były kulturysta - dzisiaj impotent, nie jest w stanie wyr*chać nawet kur*y (Iwona Wszołkówna). Alkoholik, nieszczęśliwie zakochany w jednej z uczennic. kiedy się dowiaduje, że Jakubik ją wymacał pod szatnią za c*pę, morduje kolegę z rady pedagogicznej na oczach klasy, miażdżąc mu głowę piłką lekarską. Kończy w pierdlu. kiedy odjeżdża s*ką i już wie, że nic go więcej w życiu nie czeka, zerka tylko na swoją ukochaną Andżelikę i liczy, że ona odwzajemni spojrzenie. Niestety, Andżelika akurat flirtuje z jakimś Sebiksem. No i oczywiście Marian Dziędziel. Wiceminister, który wizytuje szkołę w dniu święta narodowego. Jest napi**dolony jak zwierzę, trzeba go wnosić na podest, gdzie wygłasza bełkotliwe przemówienie, puentując je słowami Jana Zamojskiego: "Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie". Po czym wyrzyguje się na trzy pierwsze rzędy uczniów, ale oni są tak naćpani, że nawet tego nie zauważają. Na koniec cała sala śpiewa Pieśń Legionów. Scena jest bardzo wymowna i zmusza do refleksji. Wiwat Wojciech Smarzowski wreszcie rozliczył patologię państwowego systemu szkolnictwa!"
-
-
Zgadza się. Mi 370Z wycierał wewnętrzną część opon do slicków jak dobrze pamiętam w ~ 15kkm. Na kołach założone były Bridgestone Potenza.
-
Nie znam tych zapachów. Obecnie jedyny Chopard jaki mam to Leather Malaki - mocno skórzany; trzeba się przyzwyczaić bo jest dosyć "ciężki". Natomiast nie wiedzieć dlaczego, wcześniej poznanego Casrana rozpoznałbym wszędzie. To ciekawe jak może utrwalić się zapach w pamięci Edit: @Remy jak się przypomni daj znać
-
Ten T6 fajnie jeździ
-
Tomek wiesz, że są trzy rodzaje prawdy? To jest ta trzecia
-
Ja u siebie nie narzekam. Na jednym nakręcone niespełna 17 000 km, na drugim 5 000 km. W jednym aucie w czasie eksploatacji do wymiany gwarancyjnej "poszedł" lewy silniczek bocznej poduszki fotela, a w drugim aktualizacja i reset systemu. Na razie spokój.
-
Czytając Twój wpis, przypomniałem sobie te o Volvo XC90 i mam diagnozę.
-
Kiedy dziś mówimy o perfumach, łatwo zapomnieć, że za każdym flakonem stoi kilka tysięcy lat prób, błędów i fascynacji. Zapach od zawsze był czymś więcej niż dodatkiem. Już w starożytnym Babilonie niejaka Tapputi-Belatekallim macerowała kwiaty i żywice, gotowała je i destylowała w prostych naczyniach, tworząc esencje wykorzystywane w rytuałach i balsamowaniu. W Egipcie aromat przeniknął codzienność, od kąpieli Kleopatry po słynny kyphi, wytwarzany powoli, warstwa po warstwie. Gdy Europa utraciła tę wiedzę po upadku Rzymu, świat arabski nie tylko ją ocalił, ale wprowadził perfumy na wyższy poziom. Al-Kindi i Avicenna opracowali destylację parową i czyste olejki kwiatowe, a także wprowadzili alkohol jako nośnik zapachu. Dzięki temu renesansowe Włochy i Francja mogły rozwinąć perfumerię jako sztukę, a dwory uczyniły z niej oznakę stylu i statusu. XIX wiek przyniósł syntetyczne molekuły i umożliwił tworzenie kompozycji, które wcześniej były nieosiągalne. XX wiek dodał technologię headspace i ikony w rodzaju Chanel No. 5, a kultura masowa sprawiła, że perfumy stały się częścią mitologii codzienności. Najlepiej oddaje to "Pachnidło" Süskinda, które w literackiej przesadzie pokazuje, jak głęboko może sięgać obsesja na punkcie idealnego aromatu. Współczesność łączy rzemiosło z biotechnologią, ekologię z laboratoriami, a mimo tego jedna rzecz pozostaje niezmienna: zapach wciąż potrafi wywołać emocję szybciej niż słowo. I właśnie na tle tej ogromnej historii stoi moment z własnego podwórka. Na swoje 18 urodziny dostałem Casran od Choparda. Flakon ten podarował mi właściciel pierwszej profesjonalnej perfumerii w Bydgoszczy, tej z ul. Gdańskiej, o wdzięcznej nazwie Marko. Ten prezent miał w sobie coś więcej niż zapach. To był sygnał, że wchodzę w dorosłość, i że zapach może być czymś, co człowieka również po części określa. Od tamtego czasu nosiłem już przekonanie, że i mężczyzna bez odpowiedniego, właściwego perfumu nie powinien wynurzać się z domu, zwłaszcza w relacjach damsko - męskich. Minęło prawie ćwierć wieku, a ja wciąż mam jego zapachw nożdrzach. Dziś patrzę w lustro bez złudzeń, że ktoś wzdycha na mój widok, ale przynajmniej żyję w przeświadczeniu, że zostawiam za sobą nienajgorszą woń. 😆 Od lat mam zwyczaj trzymać w kolekcji kilka zapachów, które naprawdę lubię. Często wracam do nich latami, tak jak do poczciwej Dolce Gabbana Pour Homme. Nie analizuję nut głowy, serca i bazy. Pozwalam to robić zawodowcom. Ja po prostu wybieram kompozycje, które mnie cieszą, nawet jeśli czasem wzajemnie się wykluczają. Podejrzewam, że każdy z nas ma na półce takie drobne sprzeczności. Dziś do kolekcji dołączył kolejny flakon, może nawet pięć. Jadę już na oparach, a staram się trzymać zasady, żeby mieć nie więcej - niż dziesięć. I szczerze podziwiam m.in. Adama @loco50 bo mam wewnętrzne przekonanie, że one z czasem ulatniają się jak kamfora. Zdarza mi się mieć dwa egzemplarze tej samej linii, ale każdy ma swoje zadanie. Woda toaletowa jest idealna na spokojną sobotę w domu, woda perfumowana sprawdza się, gdy wpadają goście, a perfum rezerwuję na spotkanie albo kolację z Towarzyszką. Pamiętacie swój pierwszy - poważniejszy flakon? Wspomniany Casran - zdjęcie z netu
-
42 ma stosunkowo krótkie ucha - więc na mniejszych nadgarstkach też dobrze wygląda.
-
Trzeba mieć się na baczności! Niemcy się jednoczą. Dziś u mnie połączenie wschodu z zachodem. Mur runie za dwa dni - uprzedzam fakty!
-
Komu w drogę, temu czas.
-
Równie kolorowe
-
Ładnie się prezentują. Podobieństwa oczywiste, ale mimo wszystko zgrabne nawiązania. Podobają mi się.
-
GS wymiata.
-
Zonda Arrivederci.
-
Cudowna fotografia!
