Powiem tak… nie zraziło mnie to, bo pomysł był głupi, a zjazd za stromy. Nie wina auta. Zdecydowałem się spróbować tylko dlatego, ze kolega zlosliwiec nie powiedział mi, że można to objechać bokiem. Nie mam żalu - on zjechał pierwszy, więc jednak się da.
Zrobiliśmy już tego dnia kilka podobnie nachylonych zjazdów i wjazdów, ale ten wyglądał źle - grunt niejednorodny (okazało się że piach po lewej) i do tego lekki łuk. Wiedziałem, że będzie do dupy, ale spróbowałem. To była zła decyzja, nie zakup UAZa.
Zresztą, to wszystko dzieje się jak w zwolnionym tempie i ma się dużo kontroli. Owszem - nie jestem specjalnie skłonny do urazów psychicznych. Przeżyłem tez - nie z własnej winy, jako pasażer - koziolkowanie Fiatem przy dużej prędkości i w zasadzie idąc tym tropem powinienem nigdy nie wsiąść do samochodu.
To było zdarzenie, kiedy realnie mogłem zginąć, a wypadek na hałdzie to przy tym malutka wtopa…
A co do kalectwa i opieki - najgorszy wypadek w życiu miałem wychodząc z jacuzzi. Poślizgnąłem się i połamałem kilka żeber i wyrostki poprzeczne kręgów. Mało brakowało żebym złamał kręgosłup i jeździł na wózku? Samo życie. Nie, nie myślę o tym w ten sposób. Okazuje się, że po koziolkowaniu „czinkusiem” na autostradzie mozna następnego dnia być w szkole, a po rekreacji na basenie miesiąc na L4.
Też trochę z serii oszukać przeznaczenie - lata temu nagle, podczas jazdy rozerwało mi oponę. Nie za starą, bodaj czteroletnią. Szkoda, że jakiś miesiąc wcześniej leciałem tym autem 190km/h na autostradzie we Włoszech (wtedy bardziej przymykali oko na takie zabawy). 190km/h już wprawdzie nie jeżdżę, ale i tak nie zrobiło to na mnie wrażenia.
I na koniec:
Znam tez przypadek człowieka, który wracając z pracy poślizgnął się na chodniku, złamał kręgosłup szyjny i leży sparaliżowany…
Nie chcę zmieniać czyichś poglądów, ale moje są takie, że szarżowanie jest wprawdzie złe, ale nadmierna ostrożność tez do niczego nie prowadzi. Jeśli się czegoś boję, to nie jazdy UAZem, a lotu samolotem. Czemu? Bo nie mam kontroli. Żadnej. Wiem, że ryzyko jest znikome. Ale skoro wierzyłem, że mogę wygrać w Lotto, to czemu mam nie wierzyć, że akurat ten samolot się rozbije? Ja się tylko boję braku kontroli, braku najmniejszego choćby wpływu na to, co się dzieje. To jest moja fobia.
A na to, że stelaż plandeki wytrzyma nacisk 1,5 tony jeszcze pod kątem to bym złotówki nie postawił, więc to akurat mnie nie dziwi