Witajcie!
Dziś długodystansowy - można powiedzieć - test takiego rosyjskiego zegarka Buran.
Zegarek kupiłem będąc na studiach - zrobiłem sobie wówczas prezent urodzinowy. Czy było to 13 czy 14 lat temu… nie pamietam.
Pamiętam, że kosztował 600 złotych.
Wiadomo - wtedy. Dziś pewnie byłby wyceniony inaczej, choć wciąż obecne na znanym portalu internetowym Burany (oczywiście te na tym samym mechanizmie) nie podrożały tak, jak reszta zegarkowego świata, co może sugerować, że pochodzą z zapasów.
Ogólnie z „noworuskimi” zegarkami to jest tak, że często do końca nie wiadomo kto, gdzie i kiedy coś wyprodukował, czy mechanizm to nówka, czy jakiś leżak magazynowy itp.
Jeśli moje informacje są dobre, to zastosowany tu przez Volmax - raczej beznadziejnie pomyślany - mechanizm 26669 jest produktem MakTime’mu, ale czy jest to od podstaw wyprodukowany nowy mechanizm czy nieco przerobiony składak z części pozostałych po dawnej 1-ej Moskiewskiej… nie mam pojęcia.
Jedno jest pewne - jak na swoją cenę zegarek był atrakcyjny i - moim zdaniem - dalej atrakcyjny jest:
Po czasie pierwsze skojarzenie, które nasuwa mi się na widok tego designu to Franck Muller.
Stalowa koperta w kształcie wyoblonego prostokąta z czarną tarczą, na której sporo się dzieje.
Od boku koperta również prezentuje się ciekawie, z ostro zakończonymi uszami, warto też zwrócić uwagę na ładną, choć dramatycznie niewygodną koronkę…
Szklo mineralne łukiem wystaje ponad płaską kopertę, co fajnie wyglada, ale zwiększa ryzyko jego uszkodzenia.
Dekiel również polerowany, z oznaczeniem limitacji, przykręcany na 4 wkręty…
Limitacją bym się oczywiście nie ekscytował, myślę, że przy ówczesnym zamiłowaniu Rosjan do limitacji ciekawiej byłoby dorwać Burana nielimitowanego
Dekiel oczywiście rysuje się mocno od noszenia, ale przy polerowanym deklu jest to nieuniknione.
Klasa wodoszczelności… żadna. Ale to mały feler w „eleganckim” zegarku.
Tarcza…
W tej wersji jest czarna, choć była też chyba srebrna. Wskazowki minutowa i godzinowa - w stylu „retro” - są polerowane i srebrne podobnie jak indeksy godzinowe, zaś wypełnienie wskazówek, pozostałe wskazówki, napisy i cyfry (9 12 i 3) - białe.
Luma na wskazówkach i cyfrach jest dość słaba, ale w elegancie wystarczy. Plus za to, że jest biała.
Natomiast pasek z białym przeszyciem to późniejszy dodatek…
Ze wskazań mamy tu - oprócz godzin, minut i sekund - również wskazanie 24h, dnia tygodnia i dnia miesiąca.
Tarcza jest zaprojektowana ładnie. Jak wspomniałem - dzieje się na niej dużo, ale nie ma przesady. Całość wyglada interesująco, natomiast nie męczy.
Ogólnie jeśli miałbym podsumować design zegarka - moim zdaniem bardzo na plus. Niby zwykły prostokątny elegancik, a dzieje się więcej niż zwykle, natomiast bez wrażenia natłoku czy przesady. Jest ciekawy i przy tym wciąż pozostaje elegancki.
Wewnątrz zegarka znajdziemy - wspomniany już przeze mnie - mechanizm 26669 będący wersją rozwojową starego Poljota 2614N.
Mechanizm jest przeciętnie wykończony, ale pracuje ładnie i całkiem dokładnie.
Mechanizm jest bezsensownie zaprojektowany, z podwójnym datownikiem bez szybkiej zmiany daty (!).
Jest to o tyle dziwne, że w czasach sowieckich Poljot produkował ten kaliber w wersji z szybką zmianą daty (tzw. „pompką”).
Projekt jest o tyle bezsensowny, że ustawienie tego datownika jest trudne i „przeciętny” użytkownik szukający po prostu zwykłego zegarka może się nie połapać.
Dzień miesiąca ustawia się w systemie 20-24-20-24, a dzień tygodnia kręcąc ciagle do przodu.
Tzn. można tez ustawiać dzień tygodnia w systemie 24-3-24-3, ale niestety można w ten sposób zablokować i totalnie rozregulowac mechanizm zmiany daty.
Szkoda, bo poza beznadziejnym projektem datownika, zegarek sprawuje się dobrze. Po kilkunastu latach mechanizm pracuje ładnie i całkiem
dokładnie.
Materiały nie korodują, błyszczące elementy nie matowieją - za 6 stówek był to naprawdę dobry czasomierz. I ładny.
I po wielu latach uważam go za świetny zakup.
Tylko ten datownik…