Mój pierwszy samochód to Zaporożec uszatek kupiony jak to kiedyś mówiła młodzież, "ganc-noje" na asygnatę którą przydzielali wyróżniającemu się pospólstwu i swoim różnym pociotkom różni ważni urzędnicy lub sekretarze nieboszczki partii. Zasłużeni dla socjalistycznej ojczyzny takie asygnaty dostawali co trzy lata. Ciekawostką było to, że sprzedając samochód po trzech latach użytkowania dostawało się więcej kasy niż kosztował nowy.
W tym czasie Zaporożec jako jedyne osobowe auto dostępne w naszej socjalistycznej ojczyżnie miało Webasto pod przednią szybą, to sprawiało, że auto było idealne do stania w tym czasie w kolejkach społecznych np. po meble, albo po lodówkę, albo po telewizor kolorowy, albo po pralkę automatyczną Polar, albo po glazurę do łazienki na Radzymińskiej, albo po zamrażarkę z Żagania żeby można było pół wieprza zamrozić, itd.
Kurdelebele jakie to były piękne czasy, prywatki, spotkania, ciągłe balangi, telefonów komórkowych nie było, Internetu nie było, no i ta dziewczyna z którą się póżniej ożeniłem jakaś taka ładniejsza była.
No i na walecie to na zwykłej wąskiej kozetce można się było wyspać we dwoje.
Jak syn się urodził to teściowa załatwiła nam 20m tetry i zrobiliśmy z tego 40 pieluch które były prane we Frani no i oczywiście musiały być prasowane.
Wóda na kartki, cukier na kartki, słodycze na kartki, benzyna na kartki, margaryna był mleczna, jeansy Wrangler i Lee tylko w Peweksie za bony.
Jak przyjechałem do Warszawy to przez pół roku wynajmowałem pokój na Solcu i stołowałem się w barze mlecznym u Matysiaków na Świętokrzyskiej. A przed barem stał saturator i dwie szklanki musztardówki miały stalową opaskę z łańcuchem i czerwone ranty po szminkach.
W barach piwnych piwo było tylko z zakąską, najczęściej był to dyżurny żółty obślizgły ser.
To były piękne czasy!!