Przeczytałem ostatnio chyba dość trafny komentarz, że na rynku jest za dużo pieniędzy, a brakuje wszystkiego. Do tej pory przy zakupach takich dóbr jak zegarki, rowery można było uzyskać 20% rabatu na towar z bieżącej kolekcji (pomijam modele najbardziej chodliwe), a przy leżakach półkowych dawało się wynegocjować i 40%. Weźmy np. taką Omegę. Do tej pory 20% nie było specjalnym problemem, teraz można zapomnieć.
Wszystko co przedstawia jakąś wartość jest obecnie pompowane. Nieruchomości, te przysłowiowe Rolexy, numizmaty. Weźmy te ostatnie - na najbardziej pożądanych walorach można uzyskać kilkukrotne przebicie.
Można się śmiać z tego co teraz napiszę, ale w sumie coś na rzeczy jest. Na ostatniej wizycie mój stomatolog powiedział, że tyle roboty to jeszcze nigdy nie miał, że odnosi wrażenie jakby ludzie nagle nie wiedząc co robić z forsą robili sobie porządek z zębami. Kuzyn kamieniarz też mówi, że musi odmawiać klientom bo nie wyrabia z zamówieniami.
Realna cena? Dla mnie to po prostu cena z metki za nowy zegarek, a za używany stosownie niższa do wieku i zużycia, oczywiście z wyłączeniem modeli kultowych i niszowych, które rynek wycenia adekwatnie do ich unikalności.