Jakiś czas temu nie mogłem się powstrzymać i kupiłem książkę z 1963 roku, pt. "Złota Doxa" Mikołaja Kozakiewicza. Jest to zbiór nowel, której pierwsza z nich nosi taki sam tytuł. W jakże drastyczny (dla mnie i myślę, że dla większości Klubowiczów) została opisana zemsta sześciolatka na "adoratorze" jego matki "(...) Na szklanej półeczce w łazience bez trudu znajduje zegarek na brązowym skórzanym pasku. Palce mu tak drżą, że początkowo nie może pochwycić zegarka ze śliskiej szklanej tafli. Wreszcie ma go! Trzyma go za koniec paska na wyciągniętej przed siebie dłoni, jakby niósł zdechłego szczura. Ciężko dysząc, biegnie tak do kuchni. Wolną ręką odsuwa szufladę w kredensie. Kładzie zegarek na desce do siekania mięsa i zaciska w dłoni rękojeść wyjętego z szuflady aluminiowego młotka do kotletów. Cienka jak włos strzałka sekundnika złotej doxy biegnie drobnymi, nerwowymi skokami po tarczy. <<Jak dojdzie do sześćdziesiątki...>> - powtarza gorączkowo w myślach i unosi aluminiowy młotek do góry... Dziesięć... dwadzieścia... trzydzieści... - obserwuje, dygocąc całym ciałem, cieniutką wskazówkę... <<Jak dojdzie do sześćdziesiątki>> - umacnia się w postanowieniu i bierze jeszcze większy zamach młotkiem... czterdzieści... czterdzieści pięć... I wtedy - nagle - dzwonek telefonu! I jak gdyby między jego ręką i telefonem istniało jakieś tajemne połączenie, mimo że wskazówka nie doszła do sześćdziesiątki, Andrzej z całą siłą, na jaką stać jego drobne mięśnie, wali młotkiem w zegarek! I potem bije młotkiem jeszcze raz! Jeszcze raz! Jeszcze raz! Telefon dzwoni w równych odstępach i w równie regularnych odstępach Andrzej bije młotkiem. Złota doxa zamienia się stopniowo w bezkształtną kupkę złotego złomu, pokruszonego szkła, rozsypanych kółek i sprężynek... (...) Bierze deskę do siekania mięsa i wychodzi z nią na balkon. Z trzeciego piętra obserwuje ulicę. Pada deszcz i jest zimno, ale Andrzej tego nie czuje. Jemu jest gorąco. Oto nadjeżdża ciężarówka, zatrzymuje się na chwilę przy chodniku, tuż pod jego balkonem. Ktoś wysiada z szoferki. Żegna się. Odchodzi. Andrzej przechyla się przez balustradę i wprost z deski zsypuje to wszystko, co zostało ze złotej doxy, prosto na pudło ciężarówki. Słyszy nawet jak drobny przedmiot stuknął uderzywszy w blaszaną podłogę. Ciężarówka drgnęła i ruszyła w dalszą drogę. Andrzej patrzył za za samochodem z uśmieszkiem długo, dopóki nie skręcił w boczną ulicę. Teraz dopiero wraca do mieszkania. Idzie do kuchni. Zaczyna starannie usuwać wszystkie ślady. Deskę szoruje proszkiem i zmywakiem. Z młotka usuwa wszystkie złote ślady <<jego>> pilnikiem do paznokci. Drobiny szkła i mechanizmu, które rozproszyły się po stole i po podłodze zbiera starannie na kartkę papieru, którą potem zwija w ciasną kulkę i wrzuca do muszli klozetowej."