Od ok. tygodnia testuję dwa nowe zapachy, kupione zupełnie w ciemno: - Jacques Bogart One Man Show (1980) One Man Show przypomina mi Chanel Egoiste Plainum z tą różnicą, że nie jest tak syntetyczny i suchy. Jest za to bardziej ziołowy, słodszy i nieco gorzkawy, przez co lekko zadziorny. Czuć naturalne składniki, a nie chemiczne zamienniki. W sam raz na co dzień do pracy. Utrzymuje się na skórze przez ok. 10 godzin. Przyjemną niespodzianką jest mała tubka (próbka) balsamu po goleniu dołączona w komplecie. - Ted Lapidus Pour Homme (1987) Drugi zapach powalił mnie zupełnie na kolana. Muszę przyznać, że jest to fascynująca kompozycja łącząca w sobie Oscar'a De La Renta Pour Lui, YSL Kouros'a, PR 1 Million, T. Muggler'a A*Men z zapachem sosnowej żywicy, wosku pszczelego, słodkich owoców, ziół i dużej ilości wspaniałego kadzidła. Jest to zapach bardzo mocny, tajemniczy, intrygujący i szlachetny a do tego wyjątkowo trwały (wyraźnie wyczuwalny na nadgarstku po ok. 12 godz.). Już dawno nic mi się tak nie podobało i mnie nie zaskoczyło. Jest niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju. Przenosimy się z nim do końcówki lat 80, a mimo to nie czuć, by się postarzał (dobry rocznik - mój rówieśnik - mnie też często mówią, że wyglądam na 19 lat) Początkowo bardzo mocny, z czasem staje się cieplejszy, łagodniejszy, kremowo-woskowo-drzewny. Bardzo przyjemny. Idealny na chłodniejsze pory roku.