Nie wiem czy narąbane czy nie... O ile rozumiem blizny zdobyte w walce, o tyle nie rozumiem blizn odniesionych podczas desk divingu, epickiego mycia naczyń, obsługi zmywarki czy wyrzucania śmieci. W przypadku zegarków, które "pachną niedźwiedzim mięsem", czyli takich których zdobycie wiązało się z jakimś trudem, czy to finansowym czy po prostu wynikającym z ich dostępności, po prostu bardziej o nie dbam i na nie uważam. Oczywiście noszę w lecie zarówno zegarki z hesalitem jak i z zewn. AR, natomiast jak wiem, że będę np wykonywał jakieś ciężkie prace, to je po prostu zdejmuję.
Inna kwestia, to to, że kiedyś zupełnie przypadkiem wpadłem we własne sidła. Otóż, chcąc sprawdzić, czy faktycznie jak piszą/mawiają "zegarki starzeją się wolniej niż ludzie" postanowiłem, że przed dłuższy czas, na co dzień będę używał jednego zegarka, nie przejmując się zbytnio czy odniesie rany bitewne czy nie. Po kilku latach okazało się, że teza powyżej jest prawdziwa, ale jednocześnie mój beater sprawdził się na tyle w różnych warunkach, że nie ma potrzeby zamieniać go na cokolwiek innego. Więc suma sumarum, np Skyfalla noszę, ale na żagle, w góry czy do pływania w morzu, chętniej wybiorę swojego "mądrego, wiernego psa".
To jest wyłącznie kwestia perspektywy. Sam pewnie kiedyś zastąpię swojego beatera innym, może PO, może 14060, a może czymś jeszcze innym. Nie wiem. Póki co jednak nie mam ciśnienia i... mam czas. W końcu "szczęśliwi czasu nie liczą"... od tego mają zegarki...