Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

MasterMind

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    5620
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    30

Zawartość dodana przez MasterMind

  1. Pod tym względem jest lepiej niż dobrze. Gdy pierwszy raz wyjmowałem tego Neomatika z etui, wywarł na mnie naprawdę bardzo pozytywne wrażenie, jakby był to produkt z najwyższej półki - czyli jak przystało na topowy model z oferty Nomosa efekt został osiągnięty.
  2. To wszystko kwestia względna. Mój wewnętrzny zegarkowy snob jeszcze się całkiem nie wykształcił (tłumię go w sobie, karmiąc go głównie marzeniami o starych Rolexach) i cały czas patrzę na wiele nowych ofert od różnych producentów przez pryzmat ceny, biorąc pod uwagę zarówno zegarki od konkurencji jak i pozostałe zegarki z portfolio danego producenta. Każdy wytwórca ma ofertę rozpiętą między modelami "początkowymi", średnimi (przeważnie główna część oferty) i topowymi. Osobiście raczej nie skusiłbym się na topowy model np. od Tissot, bo pewnie wolałbym w tej cenie średni z innej marki. W przypadku Nomosa, ze względu na zewnętrzny design ich zegarki są mocno do siebie zbliżone. Teraz, gdy mają in-house'owe werki, gdybym szukał czegoś w tym stylu, pewnie skusiłbym się na tańszy model z ręcznym naciągiem. Z drugiej strony, jak ktoś nie patrzy głównie przez pryzmat ceny i stać go na więcej, to czemu nie taki Neomatik?
  3. Zgodnie z zapowiedzią - zapraszam do lektury recenzji Nomosa Tangente Neomatik 39. Link tutaj.
  4. Piękna sprawa @peri Chronografy od Longines for the win!
  5. Wrażenia bardzo pozytywne, ale ja go nie kupowałem z myślą o długim użytkowaniu, tylko przetestowaniu i w miarę sprawnej sprzedaży, więc jak zniknie z mojej kolekcji "to nic osobistego" - u mnie po prostu tak jest
  6. Słyszałem dzwon, ale nie wiedziałem skąd bije. No raczej Rurku, że Durczok Na ten moment widziałem trzy odcinki Wiedźmina - rozkręca się powoli, ale to nie jest poziom którego oczekiwałem (póki co) - może będzie lepiej?
  7. Właśnie wróciłem z seansu najnowszych Gwiezdnych Wojen. W dużym skrócie: film nie przypadł mi do gustu, ani jako część składowa sagi, a tym bardziej jako zakończenie tej epickiej opowieści, ani nawet jako film sam w sobie. Pełna analiza poniżej. Postaram się wypowiedzieć zdradzając jak najmniej szczegółów, by nie zepsuć nikomu... no właśnie... dobrej zabawy? No chyba. Jeden jedyny "spoiler", na który się pokuszę, pochodzi już z trailerów filmu i oficjalnych plakatów (jeżeli ich nie widziałeś, czytasz resztę na własną odpowiedzialność). -----------------------Strefa potencjalnych mini-spoilerów------------------------------- Żeby zrozumieć pełnię mojego zdegustowania, należy znać historię bolesnego porodu nowej trylogii. Otóż pierwszą część (a chronologicznie siódmą) pt. Przebudzenie Mocy nakręcił J.J. Abrams, który w trakcie filmu zostawił tzw. "mystery boxy", czyli w dosłownym tłumaczeniu "pudełka tajemnic" - czyli nic innego jak pytania (póki co) bez odpowiedzi. Kim jest Naczelny Wódz Najwyższego Porządku (i mistrz Kylo Rena) Snoke? Skąd się wziął, jakie są jego prawdziwe zamiary? Kim jest Rey, kim byli jej rodzice i skąd pochodzi jej niezwykły talent? Gdzie jest Luke, czemu postanowił "zniknąć" i czy wróci, by pomóc naszym bohaterom w walce ze złem? Na te wszystkie pytania miała odpowiedzieć (albo chociaż je rozwinąć) druga część, czyli Ostatni Jedi. Sęk w tym, że drugą część reżyserował ktoś inny - mianowicie Rian Johnson - któremu dano ogromną swobodę przy tworzeniu historii. Wykorzystał ją do tego stopnia, że wszystkie "mystery boxy" zostawione przez J.J.Abramsa nie tyle zamknął co wyrzucił. Kim jest Snoke? Nie dowiemy się i w sumie nie ma to znaczenia, bo właśnie "zginął był". Kim są rodzice Rey? Nie dowiemy się, w najlepszym przypadku byli nikim. Czy Luke wróci w wielkim stylu, by pomóc w walce ze złem tak jak to czynił dawniej - pełen optymizmu i nadziei, która sprawiła że nawet Darth Vader nawrócił się na jasną stronę mocy? Nie, Luke jest teraz starym, zrezygnowanym, zdeptanym przez życie dziadem. Owszem, na koniec wróci, niechętnie, na momencik - ukaże się w postaci astralnej, po czym jak na potężnego Mistrza Jedi przystało, rozpłynie się ze zmęczenia na śmierć, niczym pierd na wietrze. Ostatni Jedi był tak kontrowersyjny, że trzecią część znów powierzono J.J. Abramsowi, który EWIDENTNIE chciał naprawić WSZYSTKO, co zostało skrzywione w poprzedniej części. Wytłumaczyć to, co nie zostało wytłumaczone i ładnie domknąć WSZYSTKIE wątki, by w zgrabny sposób zakończyć historię, która liczy sobie DZIEWIĘĆ filmów i 42 lata istnienia marki. Jasne. Nie ma sprawy. I jeszcze zmieścimy się w 2 godzinach i 21 minutach. Powiem szczerze, że do połowy filmu, pomijając pewne momenty, które wywoływały u mnie lekkie zdziwienie lub zażenowanie - było akceptowalnie. W sensie akcja pędziła do przodu, a fabuła co prawda ledwo kleiła się w jakąś zrozumiałą całość - ale gdyby poziom został utrzymany, to dałbym temu dziełu pozytywną notę. Właśnie ze względu na świadomość tego, jak niewykonalnym zadaniem jest zamknięcie historii w tak krótkim czasie i po takiej klapie, jaką był Ostatni Jedi. Jednakże gdzieś od połowy filmu, to co dzieje się na ekranie, ta narastająca lawina zdarzeń i wygodnych "myków"; mieszanina scen przepychanych od jednej do drugiej, byleby akcja szła do przodu; nieporadne rozwiązania fabularne (obiecałem, że nie wdam się w szczegóły - to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy) - to wszystko wywarło na mnie takie wrażenie, jakbym oglądał słabej jakości film fanowski. Jakby ktoś dał piętnastolatkowi, który świeżo co obejrzał wszystkie części, wolną rękę i powiedział: "masz nielimitowany budżet na efekty specjalne i twórz". No i on stworzył. Wszystko niby osadzone w uniwersum Gwiezdnych Wojen, są postaci z poprzednich filmów (momentami nawet więcej, niż moglibyśmy się spodziewać), są jakże liczne odwołania do wcześniejszych części - puszczamy oko do starych fanów itp. itd. - ale całość, przykro to mówić - trąci fanfikiem, czyli amatorką. J.J. Abrams z całej siły stara się zignorować drugą część. Jej jakby nie było. Parafrazując klasyczny wybuch Tomasza Lisa w studio TVNu: "Skąd ci biedni ludzie, k*rwa, mają to zrozumieć? Bo ja z tego nic nie rozumiem. Wypierdalamy ten film! Nie ma, k*rwa, tego filmu!" I to widać - to naprawdę widać. Dżej Dżej przecina "dwójkę" na wylot i łata w "trójce" swoje pomysły z "jedynki". Owszem niby odpowiada na zadane przez siebie pytania, ale traktuje widza po macoszemu. Na większość pytań dostajemy jedno, dwa zdania wytłumaczenia - na zasadzie "chcieliście wiedzieć, to proszę", "mamy to z głowy, lećmy dalej". Nie ma tu jakiejkolwiek głębi, że nie wspomnę, iż te odpowiedzi są niechlujne z punktu widzenia średnio zaawansowanego fana uniwersum SW. "Naciągane" to kolejne słowo, które ciśnie się na usta. Chcecie wiedzieć, skąd się wziął Snoke? Dowiecie się, ale odpowiedź będzie zawarta w jednym zdaniu, bez głębszego wytłumaczenia co i jak. Chcecie wiedzieć kim byli rodzice Rey? Dowiecie się i odpowiedź może nawet będzie logiczna, ale nie wywrze na was większego wrażenia, bo wszystko to już gdzieś widzieliście, albo sami podejrzewaliście jak zostanie rozwiązane. Zastanawiacie się, co z księżniczką Leią, graną przez świętej pamięci Carrie Fisher? Zdradzę wam tylko tyle, że wykorzystają wszystkie nagrane z nią dialogi, by stworzyć iluzję interakcji Lei z Rey i niektórymi podwładnymi. Będzie to od początku do końca płytkie i bez jakiegokolwiek wyrazu, ale cóż poradzisz? To przecież nie wina scenarzystów, że Leia przetrwała do trzeciej części (mimo iż aktorka nie żyje) natomiast postacie żyjących aktorów, czyli Marka Hamilla (Luke Skywalker) i Harrisona Forda (Han Solo) zostały uśmiercone. Ale nie martwcie się - szczodry reżyser użyje każdej możliwej sztuczki, by was zadowolić - więcej nie zdradzę. Skoro o powrotach mowa, wisienka na torcie, czyli Imperator Palpatine. Już sam początek filmu, czyli tzw. tradycyjny "crawl" napisów na żółto, który zawsze zdradzał nam co wydarzyło się między poszczególnymi filmami, wywołał u mnie lekkie zdziwienie. Mianowicie powrót Imperatora (wspomniany spoiler, który można wywnioskować z trailerów) jest ogłoszony już w owych napisach początkowych. Coś na zasadzie - "umarli przemówili" (dosłownie taki tekst widnieje w tłumaczeniu!) - Imperator ogłosił swój powrót! Wow. Jak to mówią, "news z d*py". Nic nie zapowiadało jego powrotu, absolutnie NIC w poprzednich częściach na to nie wskazywało, nawet jeden przypadkowy element układanki zostawiony przez reżyserów. Co gorsza, nie liczcie na to, że powrót Imperatora zostanie jakoś obszernie wytłumaczony w filmie. Przyjmijcie do wiadomości, że Imperator wrócił, a w zasadzie zawsze był i że od samego początku pociągał za wszystkie sznurki. Jak rozumiem, mamy się z tym pogodzić bazując na jego wcześniejszych dokonaniach i tu pojawia się kolejny problem. Mimo iż grany przez tego samego aktora, czegoś w jego wizerunku brakuje. Nie ma tego pazura, nie przeraża jak kiedyś. Jego motywacja, jego "masterplan" który realizuje i który rzekomo jest jego głównym celem - jakoś nie pasuje mi do jego postaci. Znów nie mogę zdradzić za wiele, ale po prostu cholernie to wszystko naciągane - łącznie z samą egzekucją owego planu i zakończeniem filmu, czyli "wielką walką o wszystko". ---UWAGA NIEWIELKI SPOILER DOTYCZĄCY ZAKOŃCZENIA-- Wspomniana kulminacja nie wywołała u mnie jakichkolwiek emocji, poza uczuciem zażenowania. Pomijam ponowne odgrzewanie schematu "zaatakujmy jeden punkt, to wszystko padnie", zupełnie jakby w każdej bitwie zawsze musiała byś ta sama furtka. Jakby konwencjonalne wojska rebeliantów w uniwersum SW nie potrafiły wygrać walki po prostu na zasadzie "kto okaże się lepszy". Nie, skurczybyki zawsze muszą wykazać się przebiegłością w obliczu przeważających sił wroga (które nota bene są przeważające bo pojawiają się razem z Imperatorem bez wytłumaczenia). Nawet ostatnie sceny radości ze zwycięstwa (tyle chyba mogę zdradzić, że w filmie Disneya jest obowiązkowy "happy end" - spodziewaliście się czegoś innego?) które są poniekąd kalką ze scen radości ze zwycięstwa z poprzednich filmów - to wszystko jest miałkie i nie wywołuje u mnie żadnej reakcji. Nie poczułem powagi sytuacji wcześniej, gdy walczyli, to nie cieszę się teraz, gdy zwyciężyli. To nie jest to uczucie, gdy Vader postanowił zbuntować się przeciwko Imperatorowi i uratować syna, poświęcając się przy tym. To nie jest to uczucie, gdy wiara Luke'a w ojca zaowocowała ostatecznym zwycięstwem. To po prostu zwykłe zakończenie, takie jakich wiele w innych filmach. Niby dobro zwyciężyło, ale pomimo tysiąca statków na niebie i pokazie mocy na ziemi, no... mocy zabrakło. Podsumowując... Jestem mocno poirytowany sposobem w jaki postanowiono doprowadzić wszystko do końca. Jestem przekonany, że nawet przywracając Imperatora do życia, można było wysmażyć o wiele smaczniejszego kotleta, niż to co nam zaserwowano. Nie powiem, że "Skywalker. Odrodzenie" mnie zawiodło. Musiałbym być wstępnie pozytywnie nastawiony, by się teraz rozczarować. Jestem zdegustowany. Czuję niesmak. Jak można było potraktować jedną z najpotężniejszych franczyz w przemyśle z taką lekkomyślnością? Przepraszam - bezmyślnością? Chyba pozostanie to dla mnie tajemnicą. Cholernym mystery boxem.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.