To że Azjaci wręcz rzucają się na luksusowe europejskie dobra to rzecz wiadoma od dobrych kilkunastu lat. Wystarczy poobserwować ulice Paryża, Londynu itd. Przedtem przodowali w tym Japończycy, teraz Chińczycy. A skoro to najludniejszy kraj świata, liczby oczywiście robią wrażenie. Do tego dla nich zakupy w Europie oznaczają ceny bez VAT-u, więc niejako od ręki dostają zniżkę. Wiele firm wręcz żyje z tych turystów, zatrudniając praktycznie w każdym salonie osobę mówiącą po mandaryńsku. Co jednak jest ciekawe, ten cały hype może (choć nie musi) się za jakiś czas skończyć. Chiny to bardzo dumny naród, a Xi Jinping budzi w nich mocno nacjonalistyczne instynkty. Nie ma (jeszcze) superbrandów chińskich w wielu branżach, ale zaczynają się się pojawiać (vide: kto z celebrytów pokazałby się z Huaweiem kilkanaście lat temu - a teraz?). Pewnie zacznie się od ubrań i potem przejdzie na inne branże. Wystarczy wykreować modę na chińskie, potem odpowiednio podsycać trend, używać do tego celebrytów i może się okazać że europejska branża produktów luksusowych obudzi się z ogromnymi problemami. To pewnie jeszcze nieprędko się stanie, ale może. Jako przykład niech posłuży afera z 2018 roku, gdy Dolce&Gabbana wypuściła kilka spotów (z zamiarem zrobienia zabawnej kampanii), w których Chinka próbuje jeść pizzę i inne włoskie jedzenie pałeczkami. Następnie wyciekły Instagramowe komentarze Stefano Gabbany, w których pisał że Chińczycy to wciąż „dzikusy” i prostacy. Efekt: bojkot marki, problemy wizerunkowe i załamanie sprzedaży na najważniejszym dla nich rynku.