Dzisiaj dzień bezpowodowego zachwycania się Tommym Victorem. No ok – jest pewien powód, ale… nie zdradzę go tutaj. Nie ma potrzeby.
Dla mnie Tommy Victor to nie jest po prostu gitarzysta - to jest instytucja. Jestem z Prong od „Force Fed” z 1988 roku i pamiętam, jak ta muzyka brzmiała – jak yebany beton wylany prosto na giry makaroniarza, którego miano zrzucić z Brooklyn Bridge, aby rozpoczął sen z rybkami a’a Luca Brasi. A bardziej serio: brzmiało to potężnie, surowo, bez kompromisów, bez pół łyżeczki wizerunkowego picu, czy lukru. Victor miał zawsze ten swój charakterystyczny, „mechaniczny” riff, który tnie jak piła taśmowa, a jednocześnie buja jak najlepszy groove z Nowego Jorku, godny Ace’a Frehleya. W czasach, gdy wszyscy kombinowali z wizerunkiem, cudowali, malowali, polewali, kopali, grzebali, podpalali, świrowali, etc., on stał z gitarą i wyglądał, jakby właśnie wrócił z roboty na nocce w hucie - i to było autentyczne, tym mnie m.in. kupił na forever and ever.
Potem przyszły współprace z Danzig i Ministry - i nagle się okazało, że ten „gość od Prong” potrafi odnaleźć się w każdym cięższym klimacie, a nawet i daleko poza nimi, nie tracąc własnej tożsamości. On nie gra miliona nut na sekundę - on gra JEDNĄ, ale taką, że czujesz ją w centrum kręgosłupa i na końcu okrężnicy. Dla mnie to esencja industrialno-thrashowo-hardcore’wej estetyki: precyzja, moc, rytm i zero udawania. Uwielbiam to, że mimo dekad na scenie wciąż stara się, jakby brał udział w konkursie na najlepszą kapelę na dzielni.