Dzięki TVP Kultura (chociaż, przyznaję, że nieco przypadkowo) odświeżyłem sobie właśnie "Mistrza" Davida Mameta. I przypomniałem sobie, jaki to znakomity film!
To nie jest film o sporcie. To opowieść o człowieku, który z całych sił stara się żyć zgodnie z własnym kodeksem – w świecie, który rozbija zasady na kawałki i uśmiecha się przy tym cynicznie.
Chiwetel Ejiofor w roli Mike’a Terry’ego daje kreację absolutnie niezwykłą. Jego bohater to mistrz, który nie szuka blasku reflektorów, ale prawdy o sobie. Ejiofor gra z taką subtelnością i wewnętrzną intensywnością, że trudno oderwać wzrok – każde spojrzenie, każda pauza, każdy gest to małe arcydzieło. Widzimy człowieka rozdartego między światem ideałów a światem kłamstwa i zdrady. A gdy przychodzi finał… emocje wybuchają z całą mocą – to jedna z tych scen, które przechodzą dreszczem przez całe ciało.
Mamet konstruuje tę historię jak misterną pułapkę. Z początku wydaje się, że to tylko drobne komplikacje, zwykłe zbiegi okoliczności. Ale szybko odkrywamy, że to nie przypadek – że wszystko prowadzi Mike’a coraz głębiej, coraz ciaśniej, aż do momentu, w którym nie da się już uciec. To opowieść o lojalności, o manipulacji i o cenie, jaką płaci się za to, by nie zdradzić samego siebie.
Obsada drugoplanowa – Alice Braga, Tim Allen, Joe Mantegna, Emily Mortimer – robi swoje, ale to Ejiofor dominuje każdą scenę. On jest sercem tego filmu, jego kręgosłupem i jego ogniem. Dzięki niemu Mistrz staje się nie tylko historią o jednym człowieku, ale przypowieścią o sile, która rodzi się w ciszy i wierności zasadom.
Mistrz to kino, które uderza prosto w serce. Przypomina, że prawdziwa siła nie polega na zwyciężaniu innych, tylko na tym, by nie dać się złamać. To jeden z tych filmów, które zostają na długo – i które przypominają, po co w ogóle ogląda się kino.