Mecz nie stał, delikatnie rzecz ujmując, na najwyższym poziomie sportowym. Ale Iga pokazała w nim to, za co ją najbardziej podziwiam: charakter mistrzyni. Jako zdeklarowany seksista i mizogin, biorę, naturalnie, poprawkę na to, że to nie faceci, że "chłopaki nie płaczą", itd. - ale ona "to ma". Potrafi (pewnie, nie za każdym razem, ale BARDZO CZĘSTO) się "ogarnąć" nawet w momentach najcięższej próby, spiąć 4 litery i - chociaż nic nie wychodzi - zrobić to. Wygrać. Przełamać tzw. pecha, czy jak to zwał. Dzisiaj to pokazała w meczu, w którym w pierwszym secie dostała konkretny łomot, a potem też szło, jak po grudzie. Ale wytrzymała - właśnie dlatego, że ma Serce Lwa.